spektatkle

Niestety, wszyscy klaskali. Stan wyjątkowy w Nowym Teatrze w Słupsku

Ważna dla słupskiej społeczności premiera.

Niestety, wszyscy klaskali

Piotr Wyszomirski – gazeta świętojańska

Dominik Nowak, dyrektor Nowego Teatru w Słupsku, dotrzymuje słowa i konsekwentnie realizuje założenia programu, którym wygrał konkurs na stanowisko prowadzącego scenę dramatyczną w mieście nad Słupią. Po bardzo słupskiej „Ulicy” wg Daniela Odii, wejherowsko-słupskich „Dwojgu biednych Rumunów mówiących po polsku” wejherowianki Doroty Masłowskiej, przyszedł czas na rzecz o tragicznej śmierci Przemka Czai. Rzecz, bo „Stan wyjątkowy” trudno określić gatunkowo. To z jednej strony teatr dokumentalny, bo przedstawia rzeczywiste wydarzenia, które wstrząsnęły lokalną społecznością 20 lat temu. Z drugiej strony to formalna hybryda, w której przeplatają się ze sobą słuchowisko, instalacja, prezentacja i, to już absolutny endemik, współczesny monolog w manierze romantycznej.
Sport może być wszystkim
Żeby lepiej zrozumieć historię tragicznej śmierci 13-letniego Przemka Czai trzeba nie tylko dokonać riserczu na Wikipedii, ale uzmysłowić sobie rolę sportu w życiu społeczności lokalnej. Słupsk nie jest bogatym miastem i nigdy nie było go stać na ekstraklasową drużynę jednej z dwóch najbardziej prestiżowych dyscyplin sportu w Polsce, czyli piłki nożnej lub żużla (jego popularność w Polsce to dopiero temat!). Owszem, w czasach wojewódzkich (1975-98) siatkarki Czarnych Słupsk 13 razy stawały na podium mistrzostw Polski (5 razy mistrzostwo!) a piłkarki ręczne Słupi grały w ekstraklasie, ale drużynowy sport żeński, z całym szacunkiem i pokłonem z okazji 100-lecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety w Polsce, nie wzbudza wielkich emocji. Poza tym, niestety, słupskie kluby żeńskie już nie istnieją lub tułają się po salach gimnastycznych. Współcześnie sport jest jednym z głównych luster, w którym odbija się obraz społeczeństwa. Może być ogniskiem emocji i lokalnego patriotyzmu Januszów i Grażyn, jak wywyższeniowo mówią o nich gracze golfa czy ostatnio padla. Dla pozbawionych szans społecznych sport może być wszystkim.
Biedne derby środkowopomorskie
Na Pomorzu Środkowym nie ma dużego biznesu, przez co zawodowy sport drużynowy, wzbudzający średnie chociaż emocje, jest reprezentowany tylko przez męską koszykówkę. Czarni Słupsk, zanim upadli i zakończyli udział w rozgrywkach polskiej ekstraklasy w 2018 roku (!), należeli do polskiej czołówki (największe sukcesy to czterokrotnie brązowe medale). W sporcie ligowym szczególne znaczenie mają derby, czyli pojedynki drużyn z tego samego miasta lub regionu albo, rzadko, kraju. To pojedynki sezonu, decydujące o „rządach” w mieście lub regionie. Każdy klub ma „kosy” i „zgody”, ale derby to jeszcze coś bardziej specjalnego, to jakby „kosa kos”. Dla tłustych kotów derby to miliardowe El Classico, dla koszalinian i słupszczan najważniejszymi meczami sezonu były biedne jak tanie dżinsy drugoligowe wówczas spotkania słupskich Czarnych z koszalińskim AZS-em. Nieważne jest miejsce w tabeli na koniec sezonu, ważne by być przed lokalnym rywalem, ważne, by wygrać ten mecz. Derby wyzwalały niezwykłe emocje, głównie negatywne.
Strzępy pamięci i rekonesans społeczny
– Spektakl staraliśmy się budować w podobny sposób, w jaki przebiegały zamieszki – mówi autor scenariusza, Daniel Odija. Główna opowieść ma poszarpaną strukturę, ale zachowana jest w miarę chronologia tragicznych wydarzeń. Tak jak grupa walczących na ulicy nie miała liderów, tak opowieść nie ma głosu wiodącego, to opowieść całego miasta. Zdjęciom zmienianym na pulpicie, z którego kamera przenosiła je na ekran, towarzyszą dokumentalne nagrania radiowe – niewyraźne, „brudne”. Część główną poprzedza kilkuminutowe wprowadzenie Bożeny Borek odwołujące się do metafory rezonansu. Następnie Wojciech Marcinkowski sprawozdaje efekty swojej pracy nad projektem. Aktor, który przybył niedawno do Słupska z Krakowa/Lublina, dostał za zadanie przeprowadzenie rozmów z mieszkańcami Słupska. Jak się okazało, była to dla aktora podróż fantastyczna niczym dla Frodo, część z rozmówców stanowili Ukraińcy, część pamiętała wydarzenia sprzed 20 lat, inni nie chcieli rozmawiać. Sprawozdaniu z rozmów towarzyszyła zabawna prezentacja z udziałem małych, tandetnych, plastikowych figurek dinozaurów i zwierzątek. Przebieg zamyka zaskakujący, niezwykle emocjonalny współczesny monolog romantyczny wzywający do pojednania. W szczytowym momencie deklamacji aktorowi towarzyszą muzycy Rafał Szymański i Piotr Sulik (ex słupskie Guernica y Luno (Hymn do miłości!!!) oraz Ewa Braun).

Zadośćuczynienie
Po derbowym meczu 10 stycznia 1998 roku między Czarnymi Słupsk a AZS Koszalin kibice spod hali Gryfia poszli „w miasto”, policjantom puściły nerwy. Policjant Dariusz W., ten co lubił bić pałą, uderzył za mocno i zabił niespełna 14-letniego kibica Przemka Czaję, inny policjant, Robert K., nie pomógł. Obaj zostali skazani, ten pierwszy na 8 lat, wyszedł po odbyciu połowy kary. Nie żałował swojego czynu – na filmie od 12:48: Zabić Go – PL – Cały FILM Jeżeli masz problem z „odpaleniem” filmu, kliknij tutaj.
Dariusz W. jest na emeryturze i od 2005 spłaca w ratach po 200 złotych 320 tys. złotych zadośćuczynienia przyznanego rodzicom Przemka Czai przez Sąd Okręgowy w Gdańsku. Całość sumy wyłożyła Policja, Dariusz W. zakończy spłatę należności ok. roku 2137.
CH.W.D.P czy coś więcej?
Ludomir Franczak, słupszczanin na obczyźnie lubelskiej, starał się znaleźć wiarygodny balans między patosem a sztuką. Zdrapywał emfazę, gdzie można, ale nie udało się całkowicie uniknąć patosu. Czy w ogóle trzeba było go unikać? Premierowej prezentacji towarzyszyły spore emocje, które udzielały się zapowiadającej Bożenie Borek i początkowo także Wojciechowi Marcinkowskiemu, jedynemu aktorowi w przebiegu zasadniczym oraz scenarzyście Danielowi Odii. „Stan wyjątkowy” jest niezrozumiały dla innostrańca, to rzecz bardzo słupska. Widzowie dopowiadają sobie resztę, spektakl jest tylko zapalnikiem.
Trudno mi odnaleźć się w sytuacji recenzenta, gdy widownia wybucha takimi emocjami, jak po „Stanie wyjątkowym”. Wydaje mi się, że z tematu można było wycisnąć dużo więcej, że można to było zrobić inaczej, że wstęp za długi, że monolog zbyt naiwny… Tylko co z tego? Są momenty, kiedy warsztat recenzenta na nic się nie przydaje a krytyka jest wręcz niezręcznością, gdy w grę wchodzą nieudawane, ludzkie emocje. Tak było w Słupsku 15 grudnia 2018 roku.
I jeszcze tylko wyjaśnienie tytułu „recenzji”. Reżyser Ludomir Franczak, zapytany o swoje premierowe oczekiwania, powiedział, że chciałby, aby widzowie nie klaskali, by w milczeniu i skupieniu przyjęli prezentację. Klaskali wszyscy i to entuzjastycznie. Czy mogło być inaczej? Chyba nie…

„Stan wyjątkowy” – recenzja spektaklu

gp-24 dn. 16.12.2019

Pokaż miniatury Trudno mi ocenić spektakl „Stan wyjątkowy” w kategorii spektaklu, który – w moim odczuciu – tak naprawdę spektaklem nie był. Był to raczej reportaż dokumentalny, który przypomniał nam wydarzenia sprzed blisko 21 lat. W założeniu reżysera publiczność miała znaleźć się w centrum wydarzeń, które miały miejsce w styczniu 1998 roku. Wtedy po meczu koszykarzy Czarnych Słupsk z AZS Koszalin na ulicy Szczecińskiej w Słupsku doszło do interwencji policyjnej, podczas której – od uderzenia pałką policyjną – zginął 12-letni Przemek Czaja. Po tym zdarzeniu policja i prokuratura próbowała ukryć prawdę, co wywołało falę wzburzenia wśród kibiców, ale także zwykłych ludzi. Przez trzy dni, aż do pogrzebu chłopca, wieczorami ulice centrum miasta były polem bitwy dla kibiców, słupszczan i policji. Odkrycie roku? Plastry odchudzające nowym trendem w odchudzaniu. Sprawdź to! SPONSOROWANE Anki Czytanki. Słupska półka i lokowanie męża [wideo] Strefa Imprez. Impreza w klubie Wiking Reaktywacja [zdjęcia] Strefa Imprez. SHOW ME LOVE w klubie Centrala [zdjęcia] Wchodząc na salę, widzowie minęli pierwszą barykadę, na końcu sceny znajdowała się to druga – ułożona celowo niechlujnie z krzeseł. Przyznam, że tej pierwszej nie zauważyłam, ale poinformowała o tym aktorka Bożena Borek, która na początku odczytała list w imieniu reżysera Ludomira Franczaka, który miał wprowadzić nas – widzów – w świat przedstawiony. Pomysł ciekawy, aczkolwiek w centrum wydarzeń poczułam się tylko w dwóch scenach – gdy pokazane były zamieszki i pogrzeb chłopca. Same zamieszki ilustrowane były archiwalnymi zdjęciami pokazującymi policyjne hordy, poprzewracane radiowozy, kibiców rzucających koktajle Mołotowa. Zdjęcia pokazywały się na dużym ekranie, tłem dźwiękowym były dla nich nagrane wypowiedzi kilku osób, które widziały ówczesne wydarzenia, dziennikarzy, którzy je relacjonowali. Jednak klimat i napięcie budowała tak naprawdę muzyka, która grała tu kluczową rolę. Bez niej ten spektakl by się nie obronił. Tu wielkie brawa dla Rafała Szymańskiego i Piotra Sulika. Po zamieszkach – zobaczyliśmy zdjęcia z pogrzebu nastolatka. To był najbardziej wzruszający moment. I tu także nastrój budowała muzyka grana na żywo. Trzeba tu wspomnieć, że podczas sobotniej premiery na sali obecni byli rodzice Przemka, dla których było to zapewne bardzo osobiste przeżycie… Jednak niestety czuję duży niedosyt. Jak wspomniałam, były to nagrania kilku osób, fragmenty nagranych wówczas amatorsko filmów. To było najciekawsze, bo nawet ten, kto wówczas nie był w mieście, mógł choć w części poczuć to, co wtedy działo się na ulicach. Zabrakło mi jednak wypowiedzi prawdziwych uczestników tych wydarzeń – kibiców, ludzi, którzy – nie będąc kibicami – także chodzili pod prokuraturę, aby stanąć po stronie prawdy, aby to, co się stało, nie zostało zamiecione pod dywan. Za mało emocji, tylko suche fakty. Co ważne, spektakl zaczyna się od tu i teraz. Pokazuje jak bardzo zmieniło się miasto od tego czasu. Aktor Wojciech Marcinkowski, pełniący jakby rolę narratora – opowiada w pierwszej osobie o tym, jak scenarzysta zbiera materiał do spektaklu -reportażu. Z punktu widzenia dziennikarskiego robi to bardzo nieudolnie, przez co pokazana rzeczywistość jest – w moim odczuciu – nieco przekłamana i pokazana zgodnie z założoną tezą – jako miasto, w którym nikt już nie pamięta Przemka, w którym mieszkają prawie sami Ukraińcy, a na meczu Czarnych są niemal puste trybuny i nikt już nie wie, gdzie było miejsce Przemka na trybunach, specjalnie dla niego wyznaczone. Reportażysta zbierający materiał miał pytać o wspomnienia ze stycznia 1998 roku osoby napotkane na ul. Wojska Polskiego. I tak naprawdę przyznaje się do tego, że zagadał dwoje Ukraińców, którzy nic mu nie powiedzieli, co wcale nie dziwi, i małżeństwo, które nie bardzo chciało mówić. Mało! Dużo za mało! Ludzi, którzy pamiętają, co się wydarzyło, jest mnóstwo. Trzeba lepiej szukać. Spektakl zmusza jednak widza do refleksji. Po co była ta śmierć? Bo przecież była po coś… I nawołuje do tego, aby zamiast pięści wyciągać rękę. Duży plus dla dyrektora Nowego Teatru Dominika Nowaka za to, że powstał kolejny spektakl – po „Ulicy”, z którym słupszczanie mogą się utożsamiać, bo to spektakl o ich mieście. Pokazuje to, że dzieją się tu rzeczy ważne, które wpływają na tożsamość mieszkańców miasta, które głośnym echem odbiły się w całej Polsce. Jest to spektakl bardzo słupski także dlatego, że od początku do końca stworzony przez słupszczan. Reżyserem jest Ludomir Franczak, scenariusz – między innymi na podstawie opowieści świadków i uczestników wydarzeń ze stycznia 1998 roku – napisał Daniel Odija. Na żywo grali Rafał Szymański i Piotr Sulik. Całości dopełnił Wojciech Stefaniec, który przygotował grafikę na plakat oraz rysunki wykorzystane w spektaklu. Na scenie wystąpili Bożena Borek oraz Wojciech Marcinkowski – aktorzy Nowego Teatru w Słupsku.

 

Magdalena Olechnowicz

Zgoda za śmierć

Dzień 10 stycznia 1998 roku będą już chyba pamiętać wszyscy słupszczanie… Ale należy się zapytać na ile? Rok? Czy może dwa? Czy ktoś w pędzie dzisiejszych czasów patrzy w ogóle na pomnik na ulicy Szczecińskiej, czy ktoś go odwiedza na cmentarzu, czy została mu już tylko rodzina i jego najbliżsi przyjaciele? Czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się czy zginiemy wychodząc z meczu naszej ulubionej drużyny? 13-letniemu Przemkowi nawet nie było dane zaznać szalonych lat młodzieńczych i dorosłości, bo zostało mu to odebrane w zaledwie kilka minut.

Bo to, że Przemek odszedł nie znaczy, że odejdzie już na zawsze, bo ilekroć razy będziemy go wspominać, modlić się i rozmawiać z nim, będzie żył nie tylko w naszych pamięciach, a pośród nas. Wspominajmy go nie tylko w rocznicę jego tragicznej śmierci, nie tylko na meczach, lecz gdy idziemy tymi ulicami naszego miasta, gdzie miał miejsce horror w 1998 roku, a o niezasłużonej śmierci chłopca słyszała cała Polska.

Gdyby 10 stycznia jeden z policjantów wezwał karetkę Przemek dziś miałby już 33 lata. A wystarczyło zadzwonić na jeden numer. Życie niewinnego chłopaka byłoby ocalone (przecież od lat uczono nas, że każda minuta się liczy).

32-letni Dariusz Woźniak zatłukł na śmierć niewinnego Przemka doprowadzając do wylewu wewnątrzczaszkowego. Policjant z 15-letnim stażem służby nawet nie odczuwał skruchy za popełniony przez niego czyn, a 13-latka i jego przyjaciół nazwał „niebezpieczną grupą wandali, którą trzeba doprowadzić do porządku”. Było kilka wersji śmierci chłopaka, lecz ta uznana przez prokuraturę słupską oczyszczała całkowicie policjanta z zarzutów. Próby zatuszowania śmierci przez słupską prokuraturę i policję wywołały liczne strajki pod budynkiem prokuratury na ulicy Leszczyńskiego.

Zamieszki, koktajle mołotowa, to wszystko, jako bunt przed policją, która zabiła niewinnego chłopca. Bunty kibiców przybrały na sile w nocy z 11 na 12 stycznia. Na ulicach Słupska płonęły barykady, rzucano kamieniami i butelkami z benzyną, zdemolowano 22 policyjne radiowozy, policja odpowiedziała gazem łzawiącym. Zebrany pod budynkami Komendy Rejonowej Policji i Prokuratury Rejonowej tłum wykrzykiwał hasła: „Śmierć za śmierć” i „MO – Gestapo”.  Zamieszki miały trwać 13 dni i 13 nocy, ale koniec końców trwały one 3 dni. Całe to zamieszanie sprawiło, że dwa kluby kiedyś skaczące sobie do gardeł, podały sobie ręce na zgodę, by wspólnie zjednoczyć się przeciwko policji.

Scena w „Stanie wyjątkowym” przedstawiała wydarzenia z nocy dnia z 11 na 12 stycznia. Nawet kiedy widzowie wchodzili na małą scenę, musieli pokonać przewrócone drzwi. Jak później się dowiadujemy, była to pierwsza część barykady stworzonej dalej na całej scenie głównie z krzeseł i innych drewnianych mebli. Wszystko to przed i za widownią tak, aby siedzieć wewnątrz barykady.

Po krótkim wprowadzeniu przez Bożenę Borek, która odczytała list w imieniu reżysera przedstawienia Ludomira Franczaka, zostają nam przedstawione okoliczności tych wydarzeń.

Za barykadą znajdował się ekran, na którym zostały przedstawione zdjęcia z zamieszek oraz z pogrzebu chłopca. Na ekranie zostały rozrysowane także ulice, które były w centrum zamieszek. Były to ulice takie jak ulica Szczecińska, Sienkiewicza i Wojska Polskiego.

Wojciech Marcinkowski podczas przedstawienia przedstawia nam zdjęcia i nagrania z wywiadów dotyczących tragedii 13-letniego chłopca. Aktor ten niesamowicie wcielił się w rolę chłopca pod koniec spektaklu przekazując nam wiadomość, aby śmierć Przemka dała nam do myślenia i nie była pozbawiona sensu. Wygłasza on przemowę do ludzi, aby podawać sobie rękę zamiast wymierzać ciosy pięścią.

Całe przedstawienie swój klimat zawdzięcza nie tylko archiwalnym zdjęciom, ale klimatycznej, budującej napięcie muzyce, która skłaniała do głębokich refleksji. Rafał Szymański i Piotr Sulik nadali wyrazu całemu przedstawieniu. Wirtuozowie gitar dzięki muzyce granej na żywo stali się nieodłączną częścią przedstawienia.

Sama muzyka zbudowała niesamowity nastój, lecz światła były taką „wisienką na torcie”, współgrały one z muzyką mieniąc się różnymi kolorami oraz zmieniając wrażenia z prezentowanych zdjęć.

Momentem, w którym muzyka i czerwone światło trafiało do najbardziej „skamieniałych części serca” wielu ludzi był fragment, który ukazywał pogrzeb trzynastolatka. Jednak momentem, w którym chciało się wstać z miejsca był moment, w którym padły słowa w jednym z wywiadów, że człowiek a raczej POLICJANT, który powinien zapewniać bezpieczeństwo jest odpowiedzialny za śmierć dziecka, ale on nie tylko nie przejmuje się tym… Był to „Policjant, który słynął z tego, że lubił uderzyć”…

Przemek był tylko jednym z około 200 osób, które tego wieczoru wracały z meczu, ale był on jedynym, który już nigdy nie wróci do swojego domu…

Malwina Sowa

Recenzja „Stanu wyjątkowego”  –  Karai Shen

 

,,Stan wyjątkowy” nie jest typowym spektaklem. Zamiast scen i aktów jest historia. Zamiast grupy aktorów jest trójka ludzi.

Brzmi to jakbym mówiła, że aktor to nie człowiek? W pewnym sensie to prawda. Aktor na scenie ma do odegrania rolę – przestaje być sobą, staje się postacią, niejako przestając być człowiekiem. Jednak w tym spektaklu nie poznałam żadnej nowej postaci. Tak samo, jak nie poznałam nowej opowieści.

Historia przypomniała tragiczne wydarzenia sprzed 21 lat. Podczas interwencji policyjnej zginął młody chłopak – nastoletni Przemek Czaja, który znalazł się wśród kibiców wracających z meczu Czarnych Słupsk. Tragedia stała się na ulicy Szczecińskiej, a jej sprawcą był jeden z policjantów, który zadał śmiertelny cios pałką policyjną. Oczywiście prokuratura i policja nie chciały dopuścić do tego, by zwykli ludzie dowiedzieli się prawdy. Próbowano zatuszować sprawę. Fałszywie sądzono, że chłopiec zginął od uderzenia w słup.

Historię w trakcie spektaklu opowiadały nagrania, w których padały pytania zadawane przechodniom ulicy Wojska Polskiego, na której odbywały się zamieszki. To ci ludzie głównie opowiadali historię. Jednak ogniwem łączącym był Wojciech Marcinkowski, który w końcowym etapie próbował opowiedzieć historię z perspektywy chłopca. Mimo tego nie zobaczyłam w nim Przemka Czai. Zobaczyłam w nim Wojciecha Marcinowskiego, który przeżywał te wydarzenia tak, jak wszyscy na sali.

Wspominając o „Stanie wyjątkowym” nie można zapomnieć o niesamowitej oprawie muzycznej, którą zapewnili nam Rafał Szymański i Piotr Sulik. Gra na żywo całkowicie zmieniała odczucia spektaklu. Grane dźwięki i efekty gitarowe opowiadały sobą nastroje zamieszek i żałoby, jaka nastała po śmierci Przemka Czai.

Prawdziwość historii opowiadanej w spektaklu, który niejako spektaklem również nie jest (?), uderza w emocje widza bardzo silnie. Gdy ma się świadomość, że to, co widzisz, jest prawdziwe, strach czy smutek są o wiele silniejsze niż przy najlepszej tragedii Szekspira. Do tej pory nie było takiego widowiska, które poruszyłoby mnie tak, jak „Stan wyjątkowy” mimo, że sama osobiście nie istniałam jeszcze nawet w planach – urodziłam się po 1998 roku.

Wrażenie autentyczności i opowiadania prawdy spotęgowało uświadomienie sobie bliskości pokazywanych wydarzeń. Po przedstawieniu wróciłam do domu i opowiadałam mojej mamie, co widziałam. Moja mama na to: “Przemek Czaja? To był brat mojego kolegi.” Dopiero wtedy zrozumiałam, że te wydarzenia rozegrały się na ulicach, przez które codziennie przejeżdżam. W drodze do szkoły mijam pomnik na Szczecińskiej i wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, co symbolizuje i jaką rolę w historii Słupska odgrywa.

„Stan wyjątkowy” czegoś mnie nauczył, coś we mnie poruszył, coś mi wyjaśnił. Jestem ciekawa, jak to przedstawienie-nieprzedstawienie odbierają osoby-świadkowie tamtych wydarzeń, zwłaszcza rówieśnicy Przemka.

Karai Shen

 

Złość wiodąca lud na barykady

15 grudnia 2018 roku w Nowym Teatrze w Słupsku odbyła się premiera spektaklu „Stan wyjątkowy” (reż. Ludomir Franczak).
Scenariusz stworzyli wspólnie: Daniel Odija – pisarz pochodzący ze Słupska, Wojciech Marcinkowski – aktor Nowego Teatru i Ludomir Franczak – reżyser wywodzący się ze Słupska. Muzyka na żywo wykonywana jest przez Rafała Szymańskiego i Piotra Sulika – także Słupszczan. Ich brzmienie na scenie to prawdziwe echo przeszłości, dawno ucichłe akordy; cienie Ewy Braun i Guernicy Y Luno. Ich obecność na scenie dodaje walorów artystycznych temu przedsięwzięciu a świadomość posłuchania znów, „na żywo”, może determinować decyzję o przyjściu na spektakl.
Wszyscy wymienieni, prócz aktora – Wojciecha Marcinkowskiego, są rodowitymi słupszczanami przynajmniej pamiętającymi wydarzenia, do których wraca Franczak.
„Stan wyjątkowy” to parateatralny dokument, przypominający o zamieszkach, które miały miejsce w Słupsku w 1998 roku, po tragicznej śmierci młodego chłopca, kibica koszykówki – Przemka Czai. Wydarzenia tych styczniowych dni z przed dwudziestu lat „odcisnęły trwałe piętno na historii naszego miasta, stając się dla wielu, zwłaszcza młodych ludzi, wydarzeniem pokoleniowym” – czytamy w repertuarze. Rzeczywiście, tak dla twórców spektaklu, piszącej te słowa, jak i dla wielu bardzo młodych wtedy osób w tym mieście, były to wydarzenia przełomowe, ogniskujące szerokie spectrum uczuć i emocji nastolatków. Uliczne zamieszki końca lat 90-tych były również niczym rezonująca fala brzmienia kontrkultury lat 70-tych i 80-tych z jednoznacznym podziałem na „my – oni, wy -oni”2. Wtedy dla nas, sytuacja była jasna: „Janek Wiśniewski padł”3; będąc w tym wieku wszystko jest czarno-białe.
Po dwudziestu latach ówcześni nastolatkowie sami są rodzicami i na sprawę patrzą znacznie szerzej. „Stan wyjątkowy” skupia trzy odrębne punkty widzenia, z pewnością wynikające z optyki twórców scenariusza: wspominamy bójki i uliczne barykady, utożsamiamy się z rodzicami zabitego chłopca i przyglądamy się ulicom dzisiejszego Słupska.
Spektakl Franczaka jest bardzo prosty, a mimo to (także ze względu na przełomowy charakter opisywanych wydarzeń) można o nim mówić bardzo długo. Dzieło Ludomira Franczaka ożywia dawne emocje i silnie uderza w akordy bólu po stracie dziecka, którego trumna „nie ważyła prawie nic”. Każdy rodzic podchodzi do tych słów bardzo emocjonalnie.
Franczak stworzył dzieło nietypowe. „Stan wyjątkowy” jest reportażem teatralnym, dość beznamiętną opowieścią Wojciecha Marcinkowskiego, przedstawiającą minione wydarzenia; cały dramatyzm zawiera się w przedstawianej historii. Na temat patrzymy jakby z góry, wspominamy. Nie ma tu komentarza ani żadnej j próby wyjaśnienia tego co się wydarzyło. Reżyser nie pogłębia tematu złości, nie szuka odpowiedzi w socjologii czy psychologii tłumu, nie analizuje; temat jest wyraźne spłaszczony a spojrzenie jest raczej jednostronne. Opowieść zmierza jednak ku pięknej puencie czyli wartości, jakie należy przypisać tej tragedii.
Spektakl Franczaka jest wewnętrznie sprzeczny. Z jednej strony zmierza ku odtworzeniu atmosfery tamtych dni (przechodzimy przez barykady, słuchamy niesamowitych dźwięków, którymi w latach 90- tych wybrzmiewał Słupsk), a z drugiej strony jesteśmy wytrącani „z klimatu” infantylnym – adekwatnym do obecnych czasów, podejściem do tematu. Razi próba szukania kogoś kto pamięta tamte dni na ulicy prowadzącej do dworca kolejowego
To prawda, Słupsk jest dziś zupełnie innym miastem. Zmieniły się ulice, zmienili się ludzie. Niezmienne wciąż pozostają tylko wartości i tak należy chyba spojrzeć na „Stan wyjątkowy” Ludomira Franczaka. Z perspektywy lokalnej, dla nas – Słupszczan urodzonych w latach 80-tych spektakl jest czymś znacznie więcej – jest rodzajem katharsis. Ze względu na wartości o których mówi, jest z pewnością dziełem uniwersalnym ale chyba najlepiej (co ujawniło się już na poziomie realizacji) zrozumieją go Słupszczanie.

1. Tytuł jest odniesieniem do tytułu obrazu Eugne’a Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady” 1830r.
2. Tilt, „To samo od nowa”, album „Czad Komando”, 1990r.
3. K. Dowgiałło, „Ballada o Janku Wiśniewskim”, 1980r.

Justyna Borkowska, Akademia Pomorska w Słupsku