spektatkle

Recenzja

Na dźwięk słów “Pan Tadeusz” w głowach pojawiają się obrazy grubej książki, którą koniecznie należy przeczytać jako lekturę obowiązkową. Choć część ludzi podchodzi do tego tematu jak do leczenia kanałowego zęba, to ja czytanie jednego z najważniejszych dzieł Mickiewicza mam jeszcze przed sobą, więc postanowiłam wybrać się na adaptację tej sztuki do Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku, gdzie już od wejścia słychać było muzyków swoimi utworami wprowadzających nas w czasy romantyzmu. Grane na rogach melodie nawiązywały do odgłosów w trakcie polowania szlacheckiego i obyczajowości w dworkach.
Akcja rozgrywa się podczas sporu o zamek w Soplicowie, kiedy to o jego własność walczą sędzia Soplica i Hrabia, potomek Horeszki. Do centrum tego zamieszania przyjeżdża tytułowy Tadeusz, który zakochuje się od pierwszego wejrzenia w widzianej o poranku na łące Zosi. Wydaje mu się później, że w Telimenie widzi rysy ukochanej, ale po kilku dniach namiętnego i skrywanego romansu wychodzi na jaw, że Telimena jest Zosi ciotką-opiekunką i odmienia się serce młodzieńca. Tadeusz jest bardzo nieszczęśliwy z powodu swojej pomyłki i chce uciekać. Dość poetycko rozstaje się z Telimeną, by jednak nigdzie nie wyruszyć z powodu „ostatniego zajazdu na Litwie” zorganizowanego przez Hrabiego w celu odzyskania zamku. Przebieg zbrojnych potyczek szlachty między sobą i interwencji rosyjskiej kończy sprytny pomysł Wojskiego, aby upić wrogich żołnierzy i ich śpiących związać. Ostatecznie wszyscy godzą się ze sobą, ale umiera ksiądz Robak/Jacek Soplica nie pozwalając swojemu bratu na wyjawienie Tadeuszowi tajemnicy. Na koniec na scenę wychodzi Gerwazy (Ireneusz Kaskiewicz) i wygłasza epilog dotyczący wspomnień Mickiewicza z czasów emigracji.
Gra wszystkich aktorów jak zwykle była niesamowita. Dawało się odczuć ich wyjątkowe charaktery. Chociaż to jeden moment ze sztuki utknął mi w pamięci najbardziej. Była to chwila kiedy Hrabia (Igor Chmielnik) został uderzony butelką w tył głowy. Gdy snuł się na nogach, to pomimo, że była to tylko gra aktorska, miałam ochotę zbiec z widowni i mu pomóc.
Mimo, że dekoracje sceniczne budziły wrażenie jako ograniczone do absolutnego minimum, to były dość mylące. W niektórych momentach niejasne było, czy postacie znajdują się w zamku, czy na dworze. Moment z Hrabią zmylił mnie najbardziej, bo gdy aktor siadał na krawędzi stołu, okazało się, że siedzi on tak naprawdę na koniu. Minimalizm minimalizmem, ale pokazując życie szlachty najczęściej pokazuje się również przepych ich życia. Tutaj zabrakło jeszcze kilku rekwizytów ułatwiających rozróżnienie miejsca akcji.
Mieszane uczucia można było mieć oglądając stroje bohaterów. Niektóre z nich dawały odczuć klimat XIX wieku, jak na przykład ubiór Tadeusza, czyli Wojciecha Marcinkowskiego. Inne z kolei przypominały bardziej wiek XX, lub nawet XXI, ponieważ poza nakryciem głowy i kilkoma dodatkami nie miały w sobie nic, co charakteryzowałoby czasy “Pana Tadeusza”.
Moje ogólne wrażenie jest pozytywne, ponieważ ta sztuka jest ciekawą adaptacją ważnej dla mnie w przyszłości lektury i jest inna od tych, które widziałam. Co nie zmienia jednego faktu: bardzo często odczuwałam zmieszanie w trakcie „Pana Tadeusza”, nie wiedziałam, kto jest kim i dlaczego tak mówi/tak postępuje. Polecam osobom znającym fabułę: inni mogą się troszkę pogubić.

Haijo, Klub Recenzenta

„Czy klasyk nadal zachwyca?” recenzja „Pana Tadeusza” Kordian Dziwisz

„Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie”, a szerszej publiczności znany po prostu jako „Pan Tadeusz”, to dwunastoksięgowa epopeja pisana trzynastogłoskowcem. Brzmi to jak coś wielkiego, i jest tak nie bez powodu, ponieważ jest to jeden z najpiękniejszych zabytków narodowych, spisany godną pochwały polszczyzną, utwór doceniany przez pokolenia. Jednak dziś w XXI wieku trzeba odpowiedzieć na pytania: co takiego wspaniałego jest tak naprawdę w tym dziele i czy Nowy Teatr sprostał wyzwaniu przedstawienia czegoś tak klasycznego i związanego z polską kulturą?
Osobom, którym jeszcze nigdy nie zdarzyło się ujrzeć Pana Tadeusza, bądź też zapomniało się struktury głównego wątku, streszczę to, co wydarzyło się na naszych oczach. Do rodzinnego domu w Soplicowie przyjeżdża na wakacje młody Tadeusz. Okazuje się że pełen jest on gości, bowiem prowadzony jest proces o przynależność starego zamku, niegdyś własności starego magnata z rodu Horeszków, którego reprezentantem jest obecnie Hrabia. Staje on w opozycji wobec Sędziego Soplicy. W trakcie przedstawienia będziemy świadkami napadu na zamek oraz przyjazdu Rosjan. Wiedzmy jednak, że to, co się dzieje w książce, zostało skrócone na potrzeby spektaklu.
Korzystając ze 100-lecia polskiej niepodległości zacznijmy od patriotycznego charakteru spektaklu. Czy jest on atrakcyjny w czasach, gdy zanikają takie postawy? Przemówienie, a raczej próba przemówienia do dzisiejszych umysłów tekstem stworzonym do rozbudzenia świadomości narodowej i poruszenia serc może nie zadziałać. Publika żądna jest kontrowersji i akcji. Pokolenia się zmieniają i wiem, że patriotyzm wśród osób młodych zanika, i to całkowicie. Teraz należy zachęcić młodego widza czymś bliższym jego rzeczywistości i ze względu na charakter utwory takie są po prostu nieatrakcyjne dla widza w moim wieku. Młody widz się zmienia, więc musi zmieniać się i teatr. To bardzo ważne spostrzeżenie, bowiem współczesny teatr ze względu na malejącą popularność musi przedstawić się młodym pokoleniom z jak najlepszej strony.
Przejdźmy do tego, co działo się na scenie. Reżyser, jak i aktorzy nie zawiedli nas. Sztuka była interesująca, ale nie było to dla nas nic zachwycającego, po prostu kolejna wizyta w teatrze. Sądzę że niestety w tym jest problem, bo aktorzy naprawdę dobrze zagrali swoje role, tekst, który nie jest przecież prosty ani współczesny wypowiedzieli całkiem sprawnie. Problem był w jej strukturze. Nie byłem w stanie poczuć więzi z żadnym bohaterem, cały czas oddzielała mnie od nich niewidzialna kurtyna. Pozytywnie zaskoczył mnie jednak Hrabia, napędzający akcję utworu poprzez budowanie sporu i niepewności, oraz Telimena jako intrygująca, ale delikatna kobieta, uwodząca Tadeusza i budująca wątek z nim związany znacznie skuteczniej, aniżeli dość płytka w tym przedstawieniu Zosia, będąca ledwie zbędnym wtrąceniem do teg,o co działo się na scenie. Postać tej dojrzałej kobiety mieszkającej w Petersburgu ze swoim wytwornym ubiorem wprowadza kontrast poprzez jej przybycie do naszego polskiego zaścianka.
Zaciekawiła mnie jednak scenografia. Stroje większości aktorów były adekwatne do swojej epoki, tradycyjnie szlacheckie oraz nieco nowocześniejsze ubiory Hrabiego i Tadeusza. Rekwizyty były proste i nie było ich wiele, tak jak znajdujących się na scenie dekoracji. Mimo to Nowy Teatr częściowo odwzorował nastrój każdej lokacji, co było dość trudne na jednej niezmiennej scenie. Ogólnie można stwierdzić, że zapewniono wszystkie elementy niezbędne do wprowadzenia widza w polską historię.
Podsumowując i biorąc pod uwagę to, że część osób może przeczytać tylko wstęp i zakończenie niniejszej recenzji stwierdzam, że należy się zastanowić, czy naprawdę ma się ochotę oglądać taki spektakl.
Kierując teraz swoją wypowiedź do młodzieży: Jeśli twoją alternatywą dla nudnej lektury „Pana Tadeusza” ma być ten spektakl, jak najbardziej z niej skorzystaj, natomiast jeszcze lepiej, jeśli kupisz sobie bilet na coś bardziej współczesnego.
Natomiast wszyscy nazywający siebie patriotami Polacy powinni zobaczyć to przedstawienie, ponieważ – jakby nie patrzeć – to jest nasza prawdziwa historia poruszająca serca, inna niż mecze polskiej ligi czy też marsze narodowościowe.
Kordian Dziwisz, Klub Recenzenta

Klasycznie, a zarazem współcześnie

Oglądanie „Pana Tadeusza” w wydaniu Nowego Teatru zupełnie nie przypomina mozolnego czytania opasłej lektury. Adaptacja Dominika Nowaka jest przejrzysta i przystępna dla odbiorcy. Oczywiście niemożliwością było pomieścić tak rozbudowany tekst w zaledwie dwóch godzinach. Koniecznością było wyrzucenie wielu wątków i skrócenie całej akcji do minimum. Niemniej uważam dobór scen za trafiony i spójny ze sobą.
Inscenizacja jednego z ważniejszych dorobków literackich Polski jest kolejnym elementem obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Jest to dobra okazja, by przybliżyć młodzieży i przedstawić w nieco inny i nietuzinkowy sposób ten wszystkim znany i wpisany w system edukacji tekst.
„Pan Tadeusz” jest historią przeradzającej się starej Polski i także przedstawieniem życia na dworze z tamtych czasów. Reżyser dosyć mocno skupił się na perypetiach miłosnych pomiędzy tytułowym Tadeuszem, młodą Zosią i Telimeną. Telimena, grana przez Magdalenę Płanetę, jest postacią niezwykle wyrazistą i dodającą charakteru całemu spektaklowi. Na uznanie zasługują sceny zbiorowe trudne do pokazania w przedstawieniu. Chociażby scena polowania – minimalistyczna, a zarazem wypełniona akcją. Aktorzy byli przekonywujący, pełni wyrazu i wzbudzający emocje.
Dla osoby niezapoznanej wcześniej z książką może być pewnym problem i dyskomfortem odnalezienie się w licznych postaciach i intrygach, przez co występ może się zdawać nieco męczący. Dlatego też lepiej zapoznać się z fabułą dzieła Adama Mickiewicza, żeby móc w pełni obserwować grę aktorską.
Muszę przyznać, że najbardziej urzekła mnie scenografia. Nie mogłam przestać jej podziwiać przez całość trwania spektaklu. Scena została umownie podzielona na kilka części. Pierwszą był ogromny stół zapełniony jadłem. To tam rozgrywana była początkowa akcja, jak i wiele późniejszych. Następnie jest część imitująca teren na świeżym powietrzu z wnęką, z której wyłaniali się bohaterowie. Ostatnim elementem są niezwykle estetyczne i symboliczne filary zrobione z półprzejrzystego materiału. Całość jest bardzo skąpa i zredukowana do minimum. Tak samo jest z kostiumami, które są bardzo umowne. Jednak wydaje mi się, że to jedynie działa na korzyść odbioru, widz bowiem może skupić się na istocie przedstawianego tematu zamiast na bogatych, przytłaczających dekoracjach.
Obejrzenie „Pana Tadeusza” w słupskim wydaniu jest na pewno ciekawym doświadczeniem, chociażby dla samej gry aktorskiej, która jak zwykle jest na wysokim poziomie. Jest to przykład, że stare, klasyczne dzieła można odświeżyć i wycisnąć z nich coś wartego uwagi, zwłaszcza w stulecie odzyskania niepodległości.

Nadia Bordewicz/ Klub Recenzenta 10.12.2018

Recenzja „Pana Tadeusza”

Osiemnastego października w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku odbyła się premiera spektaklu “Pan Tadeusz”, wyreżyserowanego przez dyrektora Teatru Dominika Nowaka. Oryginał, czyli epopeja Adama Mickiewicza jest bardzo ważną pozycją w polskiej literaturze. Nie bez powodu jest szkolną lekturą, obowiązkową na różnych etapach edukacyjnych i omawianą od wielu pokoleń. Rodzice zapytani o „Pana Tadeusza” do dziś recytują z pamięci fragmenty tekstów, których uczyli się na pamięć. Typy zdań złożonych rozpoznawano wykorzystując zdania mickiewiczowskie do rozbioru na lekcjach języka polskiego. Poza tym film Andrzeja Wajdy z 1999 był bardzo dobrze odebrany i zapamiętany przez starsze niż moje pokolenia.
Akcja utworu rozgrywa się w Soplicowie, na dworze sędziego. Biorą w niej udział Hrabia (Igor Chmielnik – jak zawsze genialny, dopasowany do roli jak ulał), sędzia Soplica (Jerzy Karnicki), ksiądz Robak (Sławomir Głazek), panienka Zosia (Monika Janik) i jej opiekunka Telimena (Magdalena Płaneta), oraz Gerwazy (Ireneusz Kaskiewicz), major Płut (Krzysztof Kluzik), Wojski (Dominik Nowak), kapitan Ryków (Adam Jędrosz) i służba domowa (Hanna Piotrowska i Bożena Borek). W rolę tytułowego bohatera wcielił się Wojciech Marcinkowski.
Powieść, tak jak konkurs ,,Klasyka Żywa”, w którym bierze udział, świetnie wpasowują się w rocznicę stulecia niepodległości, którą obchodzimy w tym roku. W takim czasie warto jest przypominać o ważnych skarbach polskiej literatury i odświeżać ich znajomość zwłaszcza tym osobom, które od czasów szkolnych nie sięgały po arcydzieła naszej twórczości.
Bardzo dobrze, że lektura została odnowiona w takiej odsłonie. Aktorzy słupskiego teatru nadali nowego, bardziej osobistego, bardziej porywczego charakteru i życia postaciom, które wcześniej dla wielu istniały tylko na stronach powieści. Jest to świetny sposób na zachęcenie młodych do poznawania polskiej literatury oraz pokazania jej, jako atrakcyjnej akcji, pełnej romansów, pijatyk, awantur i „wjazdu na chatę” czyli ostatniego zajazdu na Litwie. (W końcu co kraj, to obyczaj, a obyczaj „wjazdu na chatę” to dokładnie to samo, co dziewiętnastowieczne zajazdy.)
Nietypowa scenografia zwróciła moją uwagę od pierwszych sekund po podniesieniu się kurtyny. Pomijając zastawiony stół i tło, tym, co przykuło moją uwagę były półprzezroczyste kolumny, które miały tworzyć obraz zamku, w którym rozgrywała się akcja. Jednocześnie symbolizowały jakby krakowskie Arkady i antyczne przejścia znane z podręczników historii. Myślę, że taka jasna i pozbawiona zbytnich ozdób scenografia miała skupić uwagę widzów na aktorach i na wypowiadanych przez nich słowach.
Tytułowej postaci, o dziwo, prawie wcale nie zauważyłam na scenie. Przez większość spektaklu nie wiedziałam, kto grał Tadeusza. Przyćmiewały go inne postacie, praktycznie całkowicie przysłaniając jego osobę. Utrudniło mi to zrozumienie, co się działo w przedstawieniu. Aczkolwiek gra aktorska była znakomita. Myślę, że gdyby wcześniej czytała „Pana Tadeusza” i omawiała go na zajęciach lekcyjnych, byłoby mi łatwiej podążać za wydarzeniami na scenie. Tymczasem bez wcześniejszej znajomości tekstu spektakl wydawał mi się chaotyczny.
Mimo swojej chaotyczności, spektakl był ciekawy i wciągający. Po jego obejrzeniu zdecydowanie lepiej będzie mi się czytać lekturę, ale to dopiero na wiosnę.

Sara K. / Klub recenzenta / 19.11.2018

 

 

„Pan Tadeusz” w Nowym Teatrze

„Pan Tadeusz” w Nowym Teatrze w Słupsku okazał się bardzo miłym zaskoczeniem

„Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza w reż. Dominika Nowaka w Nowym Teatrze w Słupsku. Pisze Justyna Borkowska.

19 października w Nowym Teatrze w Słupsku odbyła się premiera „Pana Tadeusza” w reżyserii dyrektora teatru – Dominika Nowaka, który jednocześnie gra w spektaklu rolę Wojskiego.

Inscenizacja epopei narodowej na deskach słupskiej sceny to jakby drugi biegun teatralnych obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości w tym mieście. Warto przypomnieć niedawno zakończony festiwal teatralny w Słupsku – „Scena wolności”, którego tendencja ujmowania tematu zdecydowanie ciążyła ku zagadnieniom wolności wyboru – wolności osobistej. Premiera „Pana Tadeusza” to ukłon dyrektora w stronę publiczności, która do tematu niepodległości podchodzi w sposób bardziej tradycyjny, romantyczny. To także świetna okazja, by do teatru zaprosić młodzież szkolną, która po obejrzeniu spektaklu w tej adaptacji, będzie mogła zrozumieć, że warto docenić ten tekst.

Inscenizacja tego ważnego w naszej kulturze tekstu nie jest łatwa, jednak Nowakowi wyszło to bardzo ciekawie. Atutem spektaklu jest podkreślana wyborem scen fantazja i barwność polskiej kultury szlacheckiej. Sceny zbiorowe, jak sute śniadanie przy stole czy polowanie (niełatwe w przedstawieniu w obszarze sceny) są atutem tego spektaklu. Szlachta pije i bije się a publiczność, dzięki widowiskowym zabiegom teatralnym, reaguje żywo. Obszar sceny w niektórych momentach (w tym polowania) zostaje rozszerzony tak, że widz znajduje się wewnątrz przedstawianych wydarzeń, co (zwłaszcza w scenie polowania) dodaje emocji w odbiorze. Takie zabiegi są zdecydowaną zaletą tej adaptacji, trudnego w odbiorze tekstu; dzięki nim widz się nie nudzi. Dzięki zrozumiałym wypowiedziom i scenom współgrającym z tekstem jest jasne, o czym jest mowa i co dzieje się na scenie.

Barwność kultury szlacheckiej została w tym przedstawieniu zubożona poprzez kostiumy, którym (zwłaszcza Jerzemu Karnickiemu) w połączeniu ze stonowaną scenografią – brakowało wyrazu. Barwność charakteru szlachty nie miała tu odbicia w kostiumach i chyba nie należy tego czytać w kategoriach niedociągnięcia, lecz celowego zabiegu. Wyczuwalna bladość czy wybrakowanie – tak w kostiumach jak w scenografii – sugerowało właśnie szczątkowość, pewne blade wspomnienie, jakie pozostało nam po czasach i kulturze sarmackiej.

Gra aktorów, szczególnie Magdaleny Płanety, dodawała charakteru postaciom. Płaneta w roli Telimeny, mimo bladego kostiumu, błyszczała w swojej roli. Sceny, w których uwodzi i wodzi szlachciców (tu kolejna pochwała scen zbiorowych w spektaklu), dzięki niewymuszonemu urokowi są bardzo prawdziwe. Dzięki kreacjom: Magdaleny Płanety, Dominika Nowaka czy Krzysztofa Kluzika widz ma okazję (i ochotę!) śmiać się oglądając ten spektakl. Kolejną, już poważną a zasługującą na uwagę rolą, jest postać Gerwazego (Ireneusz Kaskiewicz), który przy swojej fizjonomii, ubrany w szlachecki kontusz, wygląda jak wyjęty z epoki. Historie opowiadane tubalnym głosem Gerwazego w nastrojowy sposób przenoszą widza w czasie i przestrzeni.

Spektakl, ze zrozumiałych względów, zawiera tylko niektóre księgi „Pana Tadeusza” i dzięki temu może skończyć się dość niekonwencjonalnie, w sposób, jaki nie jesteśmy przyzwyczajeni. Zakończenie jest kolejnym atutem spektaklu i rzuca światło na nowe możliwości odbioru, tego (jakby się wydawało) przewidywalnego tekstu.

Klasycznie, a przy tym świeżo i atrakcyjnie. Epopeja wreszcie na teatralnej scenie

Ukłon w stronę klasyki, ale również współczesna lekkość – taki jest „Pan Tadeusz”, najnowsze przedstawienie słupskiego Nowego Teatru. To wołanie o pojednanie i wkład miejskiej sceny w obchody 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.

Z przeniesieniem „Pana Tadeusza” na teatralną scenę zawsze jest problem. Pierwszy polega na tym, że niezwykle trudno jest zamknąć epopeję w dwugodzinnym spektaklu. Trzeba go również zrealizować tak, by zainteresować publiczność w każdym wieku. Bo nawet jeśli na ten tytuł przychodzą widzowie dojrzali, to przecież realizatorzy nie mogą zapominać o publiczności szkolnej, młodzieżowej, dla której taki spektakl może być „odhaczeniem” lektury.

Słupski Nowy Teatr problemów z tą pozycją miał więcej, bo i scena nieprzystosowana do wystawienia takich realizacji, i zespół aktorski skromny, jak na rozmach inscenizacyjny. Szczęśliwie z tymi problemami Nowy Teatr sobie poradził.

– Staraliśmy się wybrać te najbardziej dramaturgiczne, narracyjne linie. Te, które są najbardziej wyraziste, najbardziej mięsiste – zapowiadał przez premierą Dominik Nowak, dyrektor Nowego Teatru i reżyser „Pana Tadeusza”. – Siłą rzeczy tekst Adama Mickiewicza musiał zostać mocno pocięty. Powstała jednak historia świata, który już zniknął. To forma zanurzenia się w rzeczywistość, która odeszła. Fabuła kończy się na śmierci Robaka. Potem u Mickiewicza następuje dramaturgiczna wolta, coś w rodzaju epilogu, gdy rok później wracają wojska napoleońskie.

Tytułowym bohaterem jest młodzieniec z rodu Sopliców powracający w rodzinne strony, zakochany w młodziutkiej Zosi i uwodzony przez starszą Telimenę. Jego ojciec – Jacek Soplica, ukrywający się pod przebraniem księdza Robaka, przygotowuje powstanie przeciw rosyjskiemu zaborcy. Jego plany krzyżuje konflikt o majątek. Ostatecznie solidarność zwaśnionych sąsiadów zwycięża, zwiastując wolną Polskę. Słupska realizacja może się podobać. Znakomita, współczesna, choć nawiązująca do klasyki scenografia Tomasza Brzezińskiego daje ogrom możliwości realizatorom, a widzom pozwala na sprawne podążanie za akcją. Do tego dochodzi muzyka Bolesława Rawskiego, klimatyczna, niemal filmowa, podkreślająca akcję, wyciągająca emocje. Na potrzeby tego spektaklu do zespołu Nowego Teatru dołączyli Magdalena Płaneta, grająca Telimenę, i Sławomir Głazek – ksiądz Robak. Magdalena Płaneta zagrała brawurowo. Jej Telimena to postać niezwykle barwna, zagrana bardzo współcześnie. To kobieta zdecydowana, choć delikatna. Kokietka, choć również intrygantka. Zabawna, choć również wzruszająca.

Wzruszenie pojawiało się również w scenie przedfinałowej, gdy oglądaliśmy spowiedź i śmierć Robaka. Sławomir Głazek zagrał tę postać bardzo autentycznie i z dużym wyczuciem. Ukłonem realizatorów w stronę klasycznych, monumentalnych adaptacji był Gerwazy grany przez Ireneusza Kaskiewicza.

Daniel Klusek

„Głos Pomorza” nr 245

Klasycznie, a przy tym świeżo i atrakcyjnie. Epopeja wreszcie na teatralnej scenie

Recenzja „Pana Tadeusza” w Nowym Teatrze w Słupsku

„Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie”. Nowy Teatr w Słupsku ożywił „Pana Tadeusza”. Najnowszy spektakl w reżyserii Dominika Nowaka nie eksponuje żadnych wątków epopei narodowej w szczególny sposób. Nie próbuje ich też aktualizować, nawiązywać do współczesności. To zachowawcze podejście, ale zrealizowane w atrakcyjny dla widza sposób.

Mamy dwa zwaśnione rody – Horeszków i Sopliców, spór o zamek, miłosne roztargnienie, a w tle walkę narodowo-wyzwoleńczą oraz zachwyt Napoleonem. Czy ten szlachecki, polski kostium leży dobrze? Na Dominiku Nowaku w roli Wojskiego i Krzysztofie Kluziku w podwójnej kreacji rejenta i kapitana Rykowa – perfekcyjnie. Pojawiający się gościnnie Sławomir Głazek przekonująco wcielił się w rolę księdza Robaka. Zosia (w tej roli – Monika Janik) jest niestety niewolniczką jednej, zmieszanej miny. Także Pan Tadeusz (Wojciech Marcinkowski) nie mógł rozwinąć swoich skrzydeł. W obu przypadkach nie jest to spowodowane grą aktorską. Ich role na poziomie scenariusza zostały wyraźnie zmarginalizowane.

W Nowym Teatrze przy ograniczonych możliwościach scenograficznych udało się stworzyć przestrzeń atrakcyjną wizualnie dla widza. Gdzieś pomiędzy zamkiem, a puszczą toczy się życie. Metaforycznie i dosłownie. To owoce bardzo przemyślanej wizji oraz pracy Tomasza Brzezińskiego. Muzyka pojawiająca się (szczególnie) w pierwszym akcie nie jest ani dobrym tłem, ani tym bardziej dopełnieniem scenicznych emocji w konkretnych momentach. Dźwięki stworzone przez uznanego kompozytora Bolesława Rawskiego nie podkreślają chwili. Czasem rozpraszają. Po prostu nie zagrały. Tak jak róg Wojskiego.

W ogólnym odbiorze udało się uniknąć patosu i nieprzystępności trzynastozgłoskowca. Niewykorzystany jednak został do końca potencjał drzemiący w kilku scenach. Świetna kreacja Telimeny granej przez Magdalenę Płanetę przyniosłaby publiczności zdecydowanie więcej powodów do radości. Rozbudowane „mrówkowe amory” w jej wydaniu jako element wyrwany z całości, byłyby crème de la crème tego spektaklu.

„Pan Tadeusz” w reżyserii dyrektora słupskiego teatru to klasyka w zachowawczym, streszczającym wydaniu. Dostosowanym, albo raczej podporządkowany technicznym możliwościom czasu i miejsca. Szkoły na epopeję narodową zawsze przyjdą. Ważne, aby nie zanudziły się na amen. W Nowym Teatrze nie ma tego niebezpieczeństwa. Zostawiłbym jednak widzów z jakimś konkretnym pytaniem, albo próbą zaznaczenia wyraźnej, scenicznej puenty. Stale przecież funkcjonujemy w rzeczywistości zwaśnionych Horeszków i Sopliców. Solidarność zwycięża. Później dzielimy się sami. Bo przecież tak się żyje na tej polskiej (litewskiej) wsi.

Arkadiusz Wilman /PRK / 03.12.2018

 

Nowa jakość i wzruszenie. „Pan Tadeusz” w Słupsku

Przy pełnej widowni i wyraźnie poruszonej publiczności ostatni w tym roku pokaz „Pana Tadeusza” w Nowym Teatrze.

Katarzyna Wysocka

Setna rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę spowodowała lawinowe wręcz zainteresowanie sprawami narodowymi, głównie z perspektywy historycznej oceny postaw i faktów. Niektóre instytucje potraktowały ten wielki jubileusz jako okazję do prezentacji bardzo zapomnianych tekstów, inne sięgnęły do klasyki, jeszcze inne potraktowały sprawę niepodległości jako punkt wyjścia do pogłębionej refleksji nad osobistym stosunkiem do narodu. Reżyser słupskiego przedstawienia, Dominik Nowak, wybrał tekst niezwykle pojemny, dający różne możliwości zmierzenia się z mitami oraz tradycją. „Pan Tadeusz” w jego ujęciu okazał się sprawną, dla wielu widzów wzruszającą, interpretacją epickiego tekstu Adama Mickiewicza. Były łzy, długie oklaski na stojąco, dobre opinie pospektaklowe poruszonych widzów.
Reżyserowi udało się osiągnąć nową jakość dzięki kilku składnikom. Od samego początku przyciągała uwagę „monumentalna” scenografia Tomasza Brzezińskiego, dobrze sklaibrowana na tę małą scenę. Kompozycje Bolesława Rawskiego nadały uwzniaślający walor spektaklowi, w niektórych momentach muzyka przypominała niemal symfonię, co dobrze wpisywalo się w charakter rozległej historii zajazdu i kwestii wspólnoty interesów, czy wreszcie przebaczenia. Nowak, zapraszając dwoje gościnnych aktorów – Magdaleną Płanetę oraz Sławomira Głazka, osiągnął nową jakość sceniczną. Płaneta i Głazek wyróżniali się podejściem do podawania tekstu (akcentowaniem, puentowaniem) i swobodą sceniczną. I tak jak Magdalena Płaneta zaproponowała „klasyczną” intereptację Telimeny – kobiety doświadczonej, pełnej powabu, dystyngowanej oraz inteligentnej, tak Sławomirowi Głazkowi udało się zaskoczyć widza jakością wydobycia złożoności ks. Robaka. Oboje, obok Tadeusza – czyli Wojciecha Marcinkowskiego, stworzyli bardzo smaczne projekcje postaci, co żywo wydobyte z narodowej epopei romantycznej. Marcinkowski nie walczył z charakterem Mickiewiczowego Tadeusza, ale dodał mu świeżości i uroku. Monika Janik nie miała jako Zosia prawie w ogóle tekstu, dlatego nie miała też przestrzeni, aby pokazać coś więcej poza „ogranym” w tym dziele podporządkowaniem się starszyźnie.
Reżyser potraktował tekst Mickiewicza niemal jak przypowieść o genetycznych pokładach tolerancji dla odmienności poglądów i charakterów. Rozmach, na jaki pozwolił sobie autor „Sonetów krymskich” w poemacie, nie był widoczny w Słupsku (głównie ze względu na niewielką przestrzeń sceniczną oraz, jak podejrzewam, skromne środki na produkcję), dlatego poprowadzenie wątku ekspiacji Jacka Soplicy, z finalną, podniosłą i szczerą spowiedzią ks. Robaka, towarzyszącego wszystkim pozostałym w ich dylematach, nadało wyraz całości. Widzowie zostali poprowadzeni od wzniosłej inwokacji do klarownej sytuacji oczyszczenia i nadziei – na nieuniknione zmiany, słuszne wybory czy wreszcie wolę walki w słusznej sprawie. Kwestia ponoszenia odpowiedzialności za losy ojczyzny przenikała się z kwestią odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Dzieło Nowego Teatru można uznać za zgrabnie podany apertif do rozmów o ojczyźnie uwikłanej w ustawiczne konflikty Sopliców i Horeszków, ludzi miałkich albo marnotrawiących swoje talenty do jednoczenia, albo obojętnych na destrukcyjne działania nieudaczników, czy przeliczajcych swoją rolę miarą zysku. Dla szkół – pozycja obowiązkowa.

Opublikowano: 16.12.2018r.