spektatkle

„Kupiec wenecki to przedstawienie bardzo dobre aktorsko, konsekwentne, spójne, wynikające z głębokiej lektury. To szereg trudnych pytań i tyleż bolesnych odpowiedzi” pisze Anna Jazgarska w recenzji na portalu teatralny.pl

„Wymiana handlowa”

Odpychająca jest Wenecja Szymona Kaczmarka. Krajobraz z kontenerów i betonowych gwiazdobloków. Krzyk morskich ptaków i szum wody. Pustka mimo dosłownej namacalności. Niepokój na przekór kojącym dźwiękom fal. Najdziwniejsze, że bliskość dwóch półnagich męskich ciał wcale tego pejzażu nie rozbraja. Więcej – gesty czułości zdają się tu wzmacniać dojmujące wrażenie braku. Braku przy jednoczesnej bolesnej skończoności wszystkiego, nieprzekraczalności, niezmienności. Niemożności wyjścia poza dany kształt, nazwę. Poza rolę.

W programie do Kupca weneckiego w reżyserii Szymona Kaczmarka w słupskim Nowym Teatrze czytamy, iż zderzając Szekspira ze współczesnością, nie musimy nawet formułować pytania o autentyczność naszego istnienia. Tak, wszyscy gramy, to oczywiste. Warto jednak zapytać, czy możliwe jest, choćby tymczasowe, wyjście poza rolę. „Próbujcie” – zachęcają twórcy spektaklu, fundując nam jednocześnie nadzwyczaj gorzką wizję finału naszych potencjalnych wysiłków.

U Kaczmarka próbę wyjścia poza przypisaną (narzuconą?) rolę podejmują niemal wszyscy bohaterowie. Niemal, bo niewzruszony w swoim istnieniu pozostaje od początku do końca Antonio (Krzysztof Kluzik), bogaty kupiec, w inicjującej spektakl scenie odpoczywający na plaży z młodym kochankiem, Bassanio (Wojciech Marcinkowski). Postać Kluzika znamionuje przede wszystkim spokój, wynikający z, jak podskórnie przeczuwamy, pewności i rozpoznania świata, w którym mężczyzna egzystuje. Dojrzałość Antonia pozwala mu ze spokojem i dystansem obserwować rzeczywistość, nie przywiązywać się do układów, nie planować, nie wychodzić w przyszłość. Jego spokój to też pewność uczucia nieprojektującego żadnych scenariuszy, będącego siłą samą w sobie, paradoksalnie – dziwnie oderwanego od podmiotu, który je zbudował. A podmiotem tym jest Bassanio, młody lowelas, wzdychający do grubych pieniędzy, upatrujący w starszym kochanku (ale tylko z pozoru, Kaczmarek nie raz nas tu zaskakuje) trampolinę do społecznej nobilitacji.

Świat zbudowany w Kupcu weneckim to konstrukcja szalenie spójna, konsekwentna, autentyczna i przy całej swej finezyjności oraz niedopowiedzeniu – bardzo czytelna, swoiście też filmowa. Wenecja (zbudowana świetną scenografią Kai Migdałek i muzyką opracowaną przez Żelisława Żelisławskiego) ograniczona jest tu do ciemnych zakamarków portowego miasta pełnego magazynów, zaludnionego „biznesmenami” o wyraźnie cinkciarskiej proweniencji. Co ciekawe, Kaczmarek nie daje żadnemu ze swoich bohaterów pierwszeństwa. Jego Kupiec wenecki to mozaika postaci i lepka siatka łączących je zależności, to właściwie obraz zbiorowy ludzi uwikłanych do granic dopowiedzianych i opisanych, którzy mniej lub bardziej pokracznie i rozpaczliwie próbują się z tego zdefiniowania wyrwać. To autentyczny obraz współczesnego miasta z jego hierarchią, uprzedzeniami i przemocą, znakomicie narysowany za pomocą kilku równoległych wątków.

Jednym z nich jest oczywiście pożyczka, którą Antonio zaciąga u Shylocka (Igor Chmielnik). Szekspirowski „chciwy Żyd” to u Kaczmarka nade wszystko Obcy, funkcjonujący na styku dwóch przestrzeni. Tej wspólnej, gdzie w dresie ładuje do kontenerów kartony na handel, i tej osobistej, hermetycznej, w której wychowuje dorastającą córkę, Jessykę (Anna Kończal). Shylock Chmielnika to właściwie każdy współczesny Obcy. To Arab, to Ukrainiec. To ten, który w odpowiednich okolicznościach, „w potrzebie” szybko przebrany zostaje w strój chłopca do bicia. U Kaczmarka Shylock zna swoje, wskazane przez autochtonów, miejsce, nie wychyla się, nie komentuje. Co nie znaczy, że nie chciałby poza swoją rolę wyjść. Przecież czuje, pamięta, bolą go wyzwiska, piecze opluta twarz. „Czym się od was różnię?” – pyta, wchodząc między widzów. Kiedy eleganccy Antonio i Bassanio zjawiają się w jego magazynie, by z lekceważącym uśmiechem na ustach pożyczyć pieniądze, „Żyd” proponuje układ, który może zagwarantować mu symboliczny, a zarazem brutalny w swojej dosłowności odwet za doznane upokorzenia.

Drugim wątkiem, misternie zespolonym (według oryginału) z pozostałymi, jest sprawa zamążpójścia Porcji (Monika Janik). Umierający Ojciec (pojawiający się na projekcjach wideo Sławomir Głazek) potraktował dziewczynę jak towar, który wraz z resztą swojego majątku wystawił na przewrotną licytację. Porcja w wykonaniu Janik w tandetnym makijażu i w tipsach wdzięczy się z ekranu w głębi sceny. Peep show, do udziału w którym zmusił ją Ojciec, ma przyciągnąć chętnych rozerotyzowanymi gestami, szepcząco-jęczącą narracją transmitowaną z komnaty o pluszowych, wściekle różowych ścianach. Wymiana handlowa, jedna z wielu innych, na których opierają się filary tego świata.

Przepisany we współczesne krajobrazy Szekspir (w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka) jest dla Kaczmarka narzędziem do zbudowania opowieści o uprzedmiotowieniu, upokorzeniu i o próbach wyjścia poza wzór, ubranej momentami w formę okrutnego thrillera. Reżyser, będąc nieustannie „przy Szekspirze”, korzysta, jak tylko się da, z możliwości tekstu, słowa. Książęta – marokański i aragoński, którym w oryginale nie udaje się zdobyć „ręki” Porcji, to w spektaklu szydercze, nakręcone chałupniczo kamerą wcielenia Bassania, który chce za wszelką cenę wygrać spuściznę po weneckim bogaczu. Z kolei wątek zbiegłej córki Shylocka i jej kochanka Lorenca (Kacper Sasin) przedstawił reżyser jako przemocową historię toksycznego związku kobiety, która z lubością wciąga z ukochanym kokainę, by po ostatecznym zerwaniu więzów z ojcem zostać przez niego brutalnie pobitą.

Pierwsza część spektaklu, rozgrywana w szemranych zaułkach portowego miasta, którego labiryntowość wzmacnia scenografia i wyświetlane w głębi sceny projekcje wideo, poraża klimatem miejsca bez wyjścia, przesiąkniętego przemocą, z relacjami ukutymi na fundamentach interesów i korzyści materialnych, ambicjach osiągnięcia społecznego awansu. A wszystko to rozegrane w scenicznej przestrzeni o niezwykle spójnym, także estetycznie, charakterze. Kaczmarek tworzy w swoim przedstawieniu obrazy chropowate, brudne, ciemne, przepojone tandetą. Spektakl ma bardzo wyczuwalny rytm, odmierzany właściwie stopniowym osuwaniem się poszczególnych bohaterów w przepaść, która okazuje się najgorszą z możliwych wersją ich biografii. Przed upadkiem nie chroni szczerość – jak pokazuje przypadek Porcji, która po uwolnieniu z różowej klatki zrzuca kostium seksualnego obiektu. W tym świecie nie jest możliwe istnienie bez kostiumu, bez roli. Strój sądowego obrońcy, który ma zwrócić dziewczynie podmiotowość, prowadzi jedynie w ramy kolejnej roli, uświadamiającej, że bycie subiektywne, niezależne, wolne nie jest tu możliwe.

Po przerwie miejskie ciemności zastępuje rażąca światłem operacyjnej sali przestrzeń sądowa, w której konfrontują się bohaterowie. Pragnąca szacunku i sprawiedliwości Porcja nieświadomie wchodzi w rolę „adwokata diabła”. Kończący spektakl fragment sądowy ujawnia bardzo silnie, że Kaczmarek wbrew pierwszym pozorom nie odmalował żadnego ze swych bohaterów wyłącznie czarno-białą kreską. Ale autentyczna rozpacz Bassania, tak inna od jego dotychczasowego, uszytego interesownością kostiumu, nic w tym świecie nie zmieni.

Reach out and touch faith – głos Johnny’ego Casha towarzyszy w finale „mszy okrucieństwa”, podtapianemu w metalowej misie Shylockowi, zdeprecjonowanemu, unieważnionemu w swoim człowieczeństwie, wyszydzonemu, odrzuconemu ostatecznie w szyderczym geście przyjęcia do wspólnej przestrzeni.

Zrealizowanym ponad dziesięć lat temu w Teatrze Wybrzeże świetnym Poskromieniem złośnicy Szymon Kaczmarek udowodnił, że ma dla Szekspira swój własny teatralny język. W słupskim Kupcu weneckim ten język ukazał się w wersji dojrzale zradykalizowanej. Kaczmarek nie robi absolutnie nic nowego. Po prostu pyta Szekspirem o współczesność. Chodzi jednak o to, jakie pytania formułuje i jak je zadaje. Kupiec wenecki to przedstawienie bardzo dobre aktorsko, konsekwentne, spójne, wynikające z głębokiej lektury. To szereg trudnych pytań i tyleż bolesnych odpowiedzi.

Anna Jazgarska
20-03-2019

 

„Z pozoru tylko klasyka…”

„Kupiec wenecki” Wiliama Shakespeare’a w reż. Szymona Kaczmarka w Nowym Teatrze w Słupsku. Pisze Justyna Borkowska.

16 lutego w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku wystawiono „Kupca weneckiego” Wiliama Szekspira w reżyserii Szymona Kaczmarka.

Premiera była przygotowywana dość długo, ale warto było poczekać, by zobaczyć efekt tej pracy; przedstawienie robi wrażenie i skłania do refleksji. „Kupiec wenecki” w reżyserii Szymona Kaczmarka został przygotowany w konwencji nowoczesnej, jednak równie ważne w tej realizacji są odniesienia do teatru sprzed wieków: szekspirowskich dialogów – lekko brzmiących w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka czy sceny symultanicznej – pięknie przez Kaczmarka i Monikę Janik (asystentka reżysera) zrealizowanej. Spektakl wyraźnie wychodzi z poza ram – nie tylko scenicznych, także mentalnych – świadomościowych. Wychodzenie to zdecydowanie metaforyzuje przekaz.

Reżyser zachowuje w swojej realizacji dużo szekspirowskich uczuć takich jak: miłość, zazdrość czy nienawiść a oprócz tego, skupia się na problemach wykluczenia i gry pozorów. Kaczmarek odniósł swój spektakl do czasów współczesnych – akcentując aktualny temat emigrantów, z którego łagodnie – bo naturalnie, wyprowadził kategorię wyobcowania – głównie kulturowego. Reżyser szuka w XVI wiecznym dramacie współczesnych figur wykluczenia (ze względu na wiek, płeć, religię czy kolor skóry) a na scenie przedstawia relacje, które wciąż dowodzą nierówności i społecznego kategoryzowania.

„Pozory” to jedno z kluczowych, mocno eksponowanych w tym spektaklu zjawisk. Widzimy je w doniesieniu do ludzi, uczuć i sytuacji. „Pozory” – zabawnie i z pomysłem zostały pokazane w „przemianie” Porcji, jaka zaszła w niej, kiedy już zdobyła „tego jedynego”. To zresztą nie jedyna gra pozorów z Porcją w roli głównej. Każda z jej życiowych ról: zalotnicy, mężatki i wykształconego doktora praw (wszystkie spowite aurą pozorów), dowodzą jej sprytu, mądrości i odwagi. Akordy przemiany – wychodzenia z cienia/blasku pozorów i stereotypów, wyraźnie wybrzmiały ze sceny dzięki Monice Janik, która starannie i w sposób przemyślany wykreowała rolę Porcji. Postać Shylocka (Igor Chmielnik) jest w spektaklu także synonimem pozorów. Żyd ma pieniądze, ale ciężko fizycznie na nie pracuje – sprzedaje towar i sam ładuje kontenery. Nosi paczki, w których wysyła peruki – choć związane z tradycją żydowską, są kolejnym tropem pozorów w spektaklu. Pozory i ich fałsz przejmująco pokazuje wątek Jessyki i Lorenza – jej ucieczki z małego domu i spokojnego życia do (pozornie tylko) ciekawego wielkiego świata. Reżyser ciekawie pogłębił ten wątek i spojrzał na problem uwzględniając wiele aspektów: wychowania, moralności, społeczeństwa, rodzicielstwa no i młodości – ze swoimi prawami i swoim spojrzeniem na świat. Ucieczka dziecka jest jednym z takich problemów, których złożoność generuje i napędza ich tragizm. Pozory, w odniesieniu do wyboru skrzyni skrywającej wizerunek Porcji, stają się osią całego dramatu. Jeśli więc wszystko to pozory i wyobrażenia a „świat jest teatrem”, to czym jest życie? Chyba na to pytanie, w konfrontacji z Szekspirem na postsekularnych zasadach późnej nowoczesności, szuka odpowiedzi Szymon Kaczmarek.

„Kupiec wenecki” w jego reżyserii został umieszczony we współczesności, akcja rozgrywa się w mieście portowym, głównie gdzieś w przestrzeni industrialnej – przemysłowej a Shylock w tej realizacji, uosabia emigranta zarobkowego. Choć świat się zmienia – towar na morzu transportuje się w kontenerach a relacje międzyludzkie (nierzadko te kluczowe) nawiązuje przez video-technologie, to wciąż najważniejsze w tej grze są duże pieniądze i wielkie uczucia. Spektakl Kaczmarka ukazuje ewoluującą formę życia przy jednoczesnej niezmienności jego struktury.

XVI-wieczne problemy są tu realizowane za pomocą multimediów, nowoczesnych technologii, które zostały wykorzystane w spektaklu w sposób przemyślany; ciekawie charakteryzują i łączą różne przestrzenie czasowe. Dzięki reżyserskiemu konceptowi, technologia – prócz wymowy symbolicznej, staje się zjawiskową dominantą kompozycyjną tego spektaklu. Różnego rodzaju kamery rejestratory, formy odtwarzania i przesyłania danych są tak „znakiem czasu” jak i metaforą metafizyki życia, gdzie zmienia się tylko to co przemija i tylko to co ważne (czyli wartości) pozostaje niezmienne. Ciekawie zrealizowany pomysł wykorzystania historii rozwoju technologii audio-video, obrazuje z jednej strony zmiany a z drugiej – filozoficznie ujmowaną niezmienność wciąż tych samych problemów, wywodzących się z pogranicza żądz, ambicji, emocji i pragnień.

Nowoczesność i jej późne oblicze podkreślają kostiumy i scenografia (Kaja Migdałek). Scenografka pomysłowo zaaranżowała poszczególne przestrzenie takie jak pokój Porcji, doki portowe, sala sądowa. Opracowanie muzyczne (Żelisław Żelisławski) wzbogaca przedstawienie, wpływa na odbiór. Muzyka jest integralną częścią spektaklu – ważnym i wyraźnym podkreśleniem (często komponowanym na zasadach dysonansu) zasadniczych kwestii. Muzyczny wachlarz w „Kupcu weneckim” jest szeroki: od XIX wiecznej muzyki operowej do współczesnej, alternatywnej.

Nowy Teatr z iście karnawałowym przytupem rozpoczął rok. Do współpracy przy „Kupcu” zaproszono Annę Kończał (Jessyka) i Kacpra Sasina (Lorenzo), których wizerunek odświeżył słupską scenę. Świetnie wyreżyserowany, przeplatający całość, przejmujący i dość samodzielny wątek, został przez tę parę bardzo dobrze odegrany; ich historia budzi wiele emocji.

Pochwały należą się również aktorom Nowego Teatru. Monika Janik zagrała kluczową w tym spektaklu rolę Porcji, której kreacja wymagała dużo pracy. Janik gra rolę bogatej dziedziczki ale tak naprawdę – co musi pokazać – jest uosobieniem wielu postaw i stereotypów. Swój występ rozpoczyna będąc pewnym fantazmatem – jest uwodzicielską i kusząca nagrodą główną w grze o jej rękę i majątek. W następnych scenach jakby przepoczwarza się, wchodzi w kolejne stadia lub zmieniająca się sytuacja wymaga na niej te zmiany. Przemianę, odrzucenie pozorów znakomicie pokazano w scenie, w której Porcja zrzuca z siebie błyskotki i świecidełka i pokazuje mężowi „jaka jest naprawdę”. Monika Janik płynnie acz wyraźnie przechodziła przez kolejne swoje wcielenia. W spektaklu wiele zależy w od jej gry, ważny jest każdy gest i mina. Jej postać w ciągu przedstawienia ewoluuje: na początku hipnotyzuje erotyzmem, by później (niemal brutalnie) wyskoczyć w podkoszulce i rajstopach. Następnie pokazuje się jako troskliwa żona a na koniec – jako wykształcony, mądry i niezależny człowiek. Aktorka wykazała się pełnym profesjonalizmem i świetnie poradziła sobie z tą trudną rolą.

Grający Bassania (Wojciech Marcinkowski) i Antonia (Krzysztof Kluzik) równie dobrze (autentycznie, ciepło, z uczuciem) odegrali swój wątek, który w oczach reżysera jest jedyną relacją opartą na miłości i prawdzie. Wojciech Marcinkowski, prócz młodzieńca z Belmontu, wspaniale (również dzięki reżyserii – w tym światła i dźwięku), w sposób zjawiskowy zagrał także dwóch pozostałych kandydatów do ręki Porcji. Adam Jędrosz, prócz ciekawie wyreżyserowanej roli sędziego, przy udanej, dobrej charakteryzacji, stworzył intrygujące kreacje postaci epizodycznych. Jego pojawianie się na scenie, niema obecność, przechadzanie, rzucone „dwa słowa” wprowadzają nastrój tajemnicy i grozy ciemnego zaułku.

Bardzo dobrze poradził sobie z rolą Igor Chmielnik, który jako Shylock cierpi w sposób przekonujący, tracąc naprawdę wszystko. Shylock w reżyserii Kaczmarka jest niczym owca ofiarna złożona na ołtarzu schematów (w tym odrzucenia) i powielanych stereotypów.

Koncept ostatniej sceny to więcej niż tylko niezwykle przejmujący obraz. Reżyser demaskuje w niej – często powielane nieświadomie a wciąż działające – mechanizmy psychologii tłumu, kluczowe w eksponowanym tu wątku antysemityzmu. Spektakl Kaczmarka ze wspaniałą oprawą muzyczną, wymowną scenografią, świetnie dobranymi kostiumami i przy wspaniałej grze aktorów stawia pytania o normy. Szuka sytuacji i miejsc, w których przekraczane są granice. Ostatnia – pełna autentyzmu scena jest piękną kompozycją aktorskiej gry, muzyki, choreografii i kostiumów. Jest nie tylko „wisienką na torcie” tej realizacji ale wychodząc z ram spektaklu daje smutne poczucie prawdy wszystkiego co tu pokazano.

Justyna Borkowska, Akademia Pomorska w Słupsku / e-teatr / 26-02-2019

 

„Szekspir współczesny prowokuje, a publiczność sama musi szukać odpowiedzi.”

„Kupiec wenecki” Wiliama Shakespeare’a w reż. Szymona Kaczmarka w Nowym Teatrze w Słupsku. Pisze Daniel Klusek w Głosie Pomorza.

«Miłość, uprzedzenia, stereotypy, dyskryminacja i sprawiedliwość – to główne problemy, z którymi zmierzyć się musieli bohaterowie najnowszej premiery Nowego Teatru. W weekend publiczność zobaczyła „Kupca weneckiego” Szekspira.

Choć „Kupiec wenecki” premierę miał w roku 1623, Szymon Kaczmarek, reżyser słupskiego przedstawienia, zdecydował się na zaprezentowanie tekstu we współczesnej formie. Na scenie widzimy więc kontenery, miejsce pracy Żyda Shylocka, są też wielkie betonowe gwiazdy, jakie zobaczyć można na plażach przy falochronach. Aktorzy mają współczesne kostiumy. I choć mówią językiem Szekspira, to jednak współcześnie.

Podobne zabiegi w dzisiejszym teatrze to już norma, rzadko na scenach można jeszcze zobaczyć klasyczne dzieła w klasycznych formach. Nowy Teatr kilka razy próbował już uwspółcześniać klasykę, z różnym, najczęściej mizernym skutkiem. Tamte propozycje nie były najczęściej sukcesami ani artystycznymi, ani, co za tym idzie, frekwencyjnymi.

„Kupiec wenecki” ma szansę zostać dobrze przyjęty przez świadomą publiczność. Co prawda podczas premiery aktorom zabrało trochę czasu na rozegranie się, ale gdy to się już stało, zobaczyliśmy bardzo dobrze zrobione przedstawienie. Burzę oklasków, zasłużenie, zebrał Igor Chmielnik, odtwórca

roli Żyda Shylocka. To bez wątpienia jedna z najlepszych, ale też najbardziej wymagających ról, jakie Chmielnik zagrał w Nowym Teatrze. Bardzo mądrze i świadomie ukazał motywy postępowania swojego bohatera. Podobał się również Wojciech Marcinkowski, którego Bassiano to młodzieniec żywiołowy, ale również odpowiedzialny za siebie i przyjaciela. Dojrzale w roli Porcji zaprezentowała się Monika Janik. Wszyscy aktorzy zarówno Nowego Teatru, jak i grający w nim gościnnie zagrali równo i bez większych zarzutów.

Spektakl podobać się może również od strony wizualnej. Mamy tu efekty multimedialne i ciekawe rozwiązania kompozycyjne.

I choć do realizacji zarzutów mieć nie można, to do niektórych reakcji części publiczności już tak. Salwy śmiechu towarzyszyły pojawieniu się w scenie rozprawy Shylocka w tradycyjnym żydowskim kostiumie, w tym w charakterystycznej czapce świątecznej, która nazywa się sztrajml. Podobną reakcję można było usłyszeć w dalszej części tej sceny, gdy okazało się, że Żyd nie może dochodzić swoich praw tylko ze względu na swoją religię. Nie zabrakło też okazywania zadowolenia części widzów podczas sceny finałowej, w której Żyd, na mocy prawa, musi przyjąć chrzest. To scena piękna i niezwykle mocna, a w obrazie Shylocka można zauważyć podobieństwa do Jezusa prowadzonego na ukrzyżowanie.

„Kupiec wenecki” powstał jako sztuka antysemicka, bo takie były nastroje w Anglii przełomu XVI i XVII wieku. Szekspir tylko te negatywne stereotypy utrwalił, pokazując Żyda jako chciwego wyzyskiwacza, chrześcijanina zaś jako człowieka uczciwego. Jest więc „Kupiec wenecki” spektaklem, którego widz sam musi odpowiedzieć na pytania o racje bohaterów, o ich równość wobec prawa, o to, czym i dla kogo jest sprawiedliwość. Może być też przyczynkiem do obalania mitów i stereotypów, nie tylko zresztą religijnych.

Nie można jednak zapominać, że najnowsza premiera to komedia, choć nie oczywista. Mimo osobistego dramatu głównego bohatera, mamy tu intrygi, które kończą się happy endem.

Spektakl powstał z myślą o słupskiej publiczności, ale również po to, by był prezentowany na festiwalach. Nowy Teatr już zaproponował tę realizację na Festiwal Szekspirowski, którego 23. edycja odbędzie się w wakacje w Gdańsku. Zanim być może zobaczą go widzowie z Trójmiasta, słupska publiczność będzie miała taką okazję 2 i 3 marca. Warto już teraz zarezerwować wejściówki, bo ten tytuł nie pojawia się w repertuarze do początku czerwca.»

„Szekspir współczesny prowokuje, a publiczność sama musi szukać odpowiedzi” / Daniel Klusek / Głos Pomorza nr 41 / 18-02-2019

 

„Prawda zależy od tego, kto ją stosuje – Kupiec wenecki w Nowym Teatrze”

„Kupiec Wenecki” doczekał się wielu przekładów i twórczych opracowań nie tylko teatralnych, również operowych, filmowych. Sztuka jest uważana za komediodramat ponadczasowy. Mimo że akcja dzieje się w szesnastowiecznej Wenecji, to przedstawiony temat jest nadal aktualny. Opowiada o dwóch weneckich arystokratach uwikłanych w problem życiowy. Najlepszy przyjaciel Antonia, Bassanio, zakochuje się w Portii. Żeby jednak móc ją zdobyć, potrzebuje pożyczyć dużo pieniędzy. Z pomocą przychodzi mu Antonio, który co prawda nie dysponuje obecnie gotówką – całość swojego kapitału już zainwestował – jednak pożycza 3000 dukatów od kupca żydowskiego Shylocka. Ten zgadza się na udzielenie pożyczki nieoprocentowanej, jednak stawia istotny warunek: jeśli Antonio nie odda całej sumy na czas, Shylock będzie miał prawo do wykrojenia funta mięsa z ciała dłużnika.

Ten zasadniczy warunek i wydający się pozornie tylko abstrakcyjny zapis staje się jednak rzeczywistością i live motywem całej sztuki. Jest treścią spektaklu, z końcową z końcową oceną moralną i wyrokiem sądowym. Akcja sztuki obfituje w niespodziewane wydarzenia i niespodziewaną puentę, wynikającą z werdyktu sądu. Dowiadujemy się z niej jak szybko można się stać w sądzie z osoby wnoszącej uzasadnione roszczenia, osobą o uznanej winie, tracącej dorobek życia.

Dramaturgią sztuki jest problem moralny dotyczący odpowiedzialności za podjęte zobowiązania i granic ludzkiej przyzwoitości. Szekspir podjął temat kontrowersyjny. Przedstawia pożyczkodawcę jako chciwego wyzyskiwacza, a Antonia jako uczciwego i dobrego człowieka. Jednak przebieg rozprawy przed sądem oraz wyrok pozostawia widza w zadumie i w poczuciu dokonanej niesprawiedliwości.

Sztukę wyreżyserował Szymon Kaczmarek, scenografię wykonała Kaja Migdałek. Grają w niej: Igor Chmielnik – jako Shylock , Krzysztof Kluzik – jako kupiec Antonio, Monika Janik – jako Portia, Wojciech Marcinkowski – jako Bassanio, Adam Jędrosz – kilka ról, Anna Kończal gościnnie – jako córka Shylocka, Kacper Sasin gościnnie – jako narzeczony córki Shylocka. Artyści przenoszą swoja ekspresyjną grą  treść sztuki we współczesne realia. Na wyróżnienie zasługuje cały zespół, ale szczególnie – Igor Chmielnik, który wspaniale zagrał postać Shylocka oraz Monika Janik – Portia (w swoich różnych wcieleniach).

Sentencje filozoficzne padające z ust Krzysztofa Kluzika i z projekcji na ekranie wywołują u widzów refleksje nad ideałami życiowymi i podwójna moralnością. Aktorsko zespół słupski i osoby występujące gościnnie w sztuce stanęły na wysokości zadania, aby przekazać przerażające w swej istocie przesłanie, że przy zastosowaniu różnych sztuczek prawda może stać się rzeczą względną i zależy od tego, kto ją stosuje i dla jakich potrzeb. Taką główną konkluzję można wynieść z granej w słupskim teatrze sztuki Wiliama Szekspira, która jest nie tyle komediową farsą, co raczej dramatem człowieka.

Włodzimierz Lipczyński, Słupsk / POWIAT SŁUPSKI NR 218-219 (3-4)