Rozmowa z Krystianem Koźbiałem – realizatorem oświetlenia i reżyserem świateł.
Magdalena Jarząb: Jak narodziła się Twoja relacja z Nowym Teatrem w Słupsku i co sprawiło, że to właśnie ta scena stała się Twoim artystycznym domem?
Krystian Koźbiał: Kilka lat po studiach przeprowadziłem się z Poznania do Słupska i po prostu szukałem pracy. Początkowo chciałem zmienić branżę z teatralnej na bardziej komercyjną, choć nadal związaną ze światłem. Ostatecznie, po roku, przyszedłem na rozmowę o pracę do ówczesnego dyrektora Dominika Nowaka – i tak zostałem już prawie trzy lata.
M: Czym właściwie jest dla Ciebie praca w teatrze, kiedy gasną światła rampy i kończą się brawa? Czy to tylko zawód, czy może coś, co wymyka się sztywnym definicjom etatu?
K: Praca w teatrze to tak naprawdę osobny, niekończący się spektakl – mniej lub bardziej przewidywalny, mniej lub bardziej dynamiczny, mniej lub bardziej ciekawy, czasem mroczny, czasem kolorowy, innym razem intrygujący. To całe spektrum możliwości. Wbrew pozorom wiele zależy od nas samych – od tego, jaką opowieść chcemy danego dnia snuć.
M: Twoja praca w teatrze to nieustanny dialog z materią światła. Czy to fascynacja, która kończy się wraz ze zgaśnięciem reflektorów po spektaklu, czy może ma swoją dalszą, bardziej osobistą historię, którą budujesz poza sceną?
K: Jeśli dożyję 85 lat, mam nadzieję być na szczęśliwej emeryturze w jakimś rozsądnie ciepłym kraju – może w Japonii. Być może uda mi się stworzyć własne Muzeum Światła i mieć na koncie jakieś znaczące dla ludzkości dokonania (śmiech).
Już teraz w domu mam całkiem ciekawą kolekcję żarówek teatralnych i starych lamp. Marzy mi się, by kiedyś miały swój osobny budynek wystawienniczy. Być może będzie to również miejsce zajmujące się – od strony naukowej – swoistym językiem Światła. Uważam, że to fascynująca i metafizyczna materia, którą traktuję bardzo podmiotowo – przez duże „Ś”. W teatrze jest dla mnie osobnym medium wypowiedzi, niezbędną częścią całego, bogatego języka teatralnego.