Rozmowa z Kamilą Rauf-Guzińską

Rozmowa z Kamilą Rauf-Guzińską – zajmującą się w teatrze fotografią i grafiką.



Magdalena Jarząb:
Każdy trafia do teatru inaczej – jedni z miłości do sceny, inni przez przypadek. Jak wyglądała twoja ścieżka? Czy to fotografia przyciągnęła cię do teatru, czy może teatr wymusił potrzebę utrwalenia go w kadrze i grafice?

Kamila Rauf-Guzińska: Trafiłam do teatru – można powiedzieć – przypadkiem, za sprawą mojej wcześniejszej znajomości z Agatą Pietruszewską, jeszcze z czasów szkolnych. Na początku 2019 roku teatr zmagał się z brakiem grafika komputerowego. Akurat trwały prace nad plakatem do „Kupca weneckiego” i w tym czasie zrodziła się ogromna potrzeba przywrócenia stanowiska odpowiedzialnego za skład oraz przygotowywanie projektów do druku.

W tym samym czasie wspólnie z Agatą pracowałyśmy nad projektem „Ferii w teatrze” razem z Fundacją Dobrowskaz, z którą wcześniej współpracowałam. Rezultat tej przygody był taki, że nasz projekt nie otrzymał dofinansowania, ale za to zostałam zaproszona do współpracy – najpierw na umowę zlecenie. Gdy okazało się, że pracy w zakresie graficznym jest naprawdę dużo, zostałam już na stałe.

Wykonywanie zdjęć również należało do moich obowiązków, choć nie były wtedy moim głównym zadaniem. Z biegiem lat powróciłam jednak do swojej pierwszej miłości – fotografii. Zaczęłam ją wyraźniej czuć i rozumieć. Odczułam ogromną potrzebę rozwijania się w tym obszarze. W poprzedniej pracy działałam zarówno w tematach graficznych, jak i fotograficznych, ale dopiero teatr pozwolił mi działać szerzej i na większą skalę. Na przestrzeni tych siedmiu lat bardzo rozwinęłam się w obu dziedzinach i chciałabym dalej to pielęgnować.

M: Fotografia teatralna to specyficzna dyscyplina – musi oddać dynamikę ruchu, emocje aktorów i wizję reżysera w jednej nieruchomej klatce. Co jest dla ciebie największym wyzwaniem podczas robienia zdjęć na próbach czy premierach?

K: Największym wyzwaniem jest dla mnie znalezienie się w dwóch miejscach naraz (śmiech) – to znaczy być jednocześnie blisko, aby uchwycić emocje wypisane na twarzach, głębię w oczach, ale na tyle daleko, by objąć całą scenę: światło, kostiumy, scenografię.

To absolutnie magiczne doświadczenie, ponieważ na krótką chwilę stajesz się niemal kronikarzem na teatralnym dworze. Ciąży na tobie odpowiedzialność za to, jak opowiesz historię, która toczy się na scenie, na widowni czy za kulisami. Czy moje kadry oddadzą ten ładunek emocjonalny, tę energię, która wytwarza się pomiędzy aktorami, gdy już weszli w rolę i stają się kimś zupełnie innym?

Staram się przenieść razem z nimi do tego drugiego świata i wczuć się na tyle mocno, aby spróbować zamknąć w kadrze ich opowieść.

M: Jako grafik tworzysz oprawę wizualną wydarzeń. Jak udaje ci się przełożyć język żywego planu i emocji ze sceny na statyczny język plakatu czy projektów graficznych?

K: Pierwszą rzeczą, jaką robię, jest zbieranie informacji na temat wydarzenia, spektaklu czy projektu. Podchodzę do tego bardzo indywidualnie i dostosowuję się do potrzeb oraz wytycznych, które otrzymuję.

Brzmi to może nudno, ale podstawą mojej pracy graficznej jest właśnie research. Zbieram informacje po to, aby w mojej głowie mógł naszkicować się obraz projektu. Im więcej puzzli zbiorę, tym szybciej wiem, jak chcę, aby coś wyglądało. Szybkość i tak zwany deadline nie działają na mnie motywująco. Jestem raczej z tych osób, które potrzebują czasu, zaufania i spokoju do procesu twórczego, jeśli ma powstać coś wartościowego. Tutaj znowu – podobnie jak w fotografii – staram się wczuć w projekt, zgłębić, o czym jest oraz co i do kogo ma mówić. Podchodzę do tego bardzo intuicyjnie.

M: Wyobraźmy sobie, że otwieramy kapsułę czasu za pół wieku. Jak twoim zdaniem będzie wyglądał teatr za 50 lat? Czy w świecie zdominowanym przez nowe technologie i cyfryzację rzemiosło fotografa i grafika teatralnego przetrwa, czy może całkowicie zmieni swoją formę?

K: To bardzo ciekawe pytanie. Myślę, że na pewno wszystko zmieni swoją formę – zmienią się wszystkie narzędzia, z których dziś korzystamy. Jeśli cofniemy się o 50 czy 100 lat, zobaczymy, że już wtedy byli ludzie, którzy chwytali teatralne kadry poprzez fotografię i szkice. Byli tacy, którzy projektowali afisze, malowali plakaty czy scenografię. Dziś również to robimy, ale używamy zupełnie innych narzędzi – komputerów, druku wielkoformatowego, aparatów cyfrowych, dronów, tabletów graficznych, a wreszcie aplikacji i rozwiązań opartych na AI. To proces, którego nie da się uniknąć i nie zawsze jest on zły.

Uważam, że właśnie dzięki temu, teatr nie stoi w miejscu, ale ewoluował przez stulecia, może trwać, przetrwać i rozwijać siebie oraz ludzi wokół.

M: Gdybyś miała wybrać tylko jedno swoje zdjęcie lub jeden projekt, który miałby reprezentować twoją twórczość i dzisiejszy teatr w muzealnych zbiorach dla przyszłych pokoleń – co by to było i dlaczego?

K: Choć mam kilka swoich ulubionych kadrów, wydaje mi się, że to JEDNO dopiero przede mną (śmiech). Myślę, że wybrałabym zdjęcie wyrażające silne emocje – proste, przestrzenne, koniecznie w snopie światła. Uwielbiam rzeczy proste, klasyczne, szczere i prawdziwe, niosące za sobą piękno i pewną „elektryczność”. Dziś nie potrafiłabym wytypować tego jednego, ale myślę, że portret aktorki Ewy Pająk jako Anielki ze spektaklu „Na Borg”, który wygrał w kategorii Portret w Konkursie Fotografii Teatralnej w 2024 roku, w pewnym sensie już zapisał się w zbiorach Instytutu. Podobnie jak plakat spektaklu „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, który miałam przywilej stworzyć w 2025 roku – przez to, że zakwalifikował się do Biennale Plakatu Polskiego – również pozostanie zapisany w historii wystawy Galerii Sztuki w Katowicach. Były to wspaniałe projekty, które przyniosły mi wiele radości. Cieszę się, że zostały w jakiś sposób docenione i zapisane w historii.