Z lekkim wstydem muszę przyznać, że teatr w Słupsku zauważyłem dość późno, ale na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że od razu mocno doceniłem to, co się w nim dzieje.
Przez wiele lat, w zasadzie przez – wciąż – większość swojego życia, teatr w Słupsku rzeczywiście miałem bardzo, jak głosi hasło sezonu 2025/2026 na tej scenie, „blisko”. Mieszkałem w Gdańsku, a Słupsk był dla mnie zawsze bardzo ważnym miejscem. Mieszkała tam rodzina, którą bardzo często odwiedzałem. Jeszcze jako dziecko przemierzałem więc słupskie ulice, bawiłem się na rynku, zaglądałem na podwórka, słuchałem historii ludzi, którzy tam mieszkali i odwiedzałem groby tych, którzy zmarli zanim zdołałem ich poznać. Słuchałem opowieści osób pracujących w szpitalu, poznałem niewybredne żarty o browarze, mieszczącym się tuż przy cmentarzu i historie ze szkoły milicyjnej, która potem stała się szkołą policyjną.
Kiedy byłem starszy i bardziej świadomy, a w Gdańsku rozpoczął się proces tworzenia nowej miejskiej tożsamości, uwzględniającej niemieckie aspekty z przeszłości tego wielonarodowego miasta, zacząłem równolegle odkrywać „poniemieckość” Słupska. To było jeszcze długo przed tym, kiedy zaczęto głośno o tym mówić, na długo przed tym, kiedy zaczęły się ukazywać popularnonaukowe, a potem reporterskie książki o Ziemiach Odzyskanych. Nie miałem więc przewodników i przewodniczek w tych poszukiwaniach, na własną rękę musiałem odkrywać ukryte tylko pod cienką warstwą farby niemieckie szyldy sklepowe, znajdować inne materialne ślady kultury i cywilizacji, która przez wiele dekad budowała to miasto.
Słupsk, ze swoją nieoczywistą historią, urbanistyką i architekturą zupełnie inną niż wiele miast na wschodzie i południu Polski, był mi bliski. Ale wtedy wciąż odległy był wtedy dla mnie słupski teatr. Na fali nastoletnich fascynacji, podgrzewanych oglądanym w tę i z powrotem z wypiekami na twarzy słynnym albumem fotografii „Przeciw nicości”, do Słupska jeździło się przede wszystkim po to, żeby oglądać najbogatszy w Polsce zbiór portretów autorstwa Witkacego. Do teatru jeździło się wtedy do Krakowa. A raczej: czekało z napięciem, żeby teatr z Krakowa przyjechał zagrać coś gościnnie na północy kraju.
Potem, już w nowym stuleciu, kiedy zacząłem pracować jako dziennikarz, zajmujący się kulturą w gdańskiej redakcji „Gazety Wyborczej”, o słupskim teatrze zacząłem dowiadywać się coraz więcej. Ale wciąż nie znajdowałem jeszcze argumentów, żeby regularnie go odwiedzać. Tym bardziej, że silniej oddziałującym ośrodkiem teatralnym wydawał się wtedy być Słupski Ośrodek Kultury i działający tam Teatr Rondo.
Paradoksalnie, słupski teatr zaczął być dla mnie ważny długo po tym, kiedy opuściłem północ Polski i zamieszkałem w Warszawie. Do Słupska przestało być blisko, ale nagle okazało się, że bardzo warto pokonywać od czasu do czasu duży dystans – dosłowny i psychologiczny – oddzielający to miasto od centrum kraju.
Wiązało się to z objęciem dyrekcji przez Dominika Nowaka, który bardzo szybko zaczął przebudowywać repertuar słupskiej sceny, podejmować decyzje, które powodowały powstawanie bardzo ciekawych spektakli, a co za tym idzie – zaistnienie tego teatru w wymiarze ponadlokalnym. Pierwszym powodem, żeby wybrać się do słupskiego teatru okazała się dla mnie premiera przedstawienia „Made in USA” Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina – od lat śledziłem kolejne poczynania tego duetu, a ten projekt na dodatek bardzo mocno nawiązywał do czegoś, co sam z wielką przyjemnością robię od dawna: podróżowania po Stanach Zjednoczonych i poznawania nieoczywistych zakamarków tego kraju i jego kultury. Byłem zachwycony spektaklem, a jednocześnie, oglądając go w Słupsku, rozmawiając z dyrektorem, nie po raz pierwszy myślałem o tym, jak trudnym zadaniem jest granie i promowanie tak ambitnego repertuaru w małym mieście, gdzie działa tylko jeden teatr.
To był czas, kiedy ambitne założenia dyrekcji Nowaka zaczęły przynosić efekty: teatralna Polska zaczęła dostrzegać spektakle powstające w Słupsku. Przedstawienie „Mała piętnastka – legendy
pomorskie” objechało prawie cały kraj, pojawiając się na wielu festiwalach, „Kupiec wenecki” niespodziewanie zwyciężył w konkursie Festiwalu Szekspirowskiego. To był wyraźny sygnał, żeby na słupski teatr zacząć zwracać uwagę.
Ale dla mnie ważniejszy był inny spektakl – pojawił się w czasie pandemii, trudno było go obejrzeć na żywo na scenie, widziałem go tylko w – nie popularnej i nie lubianej, ale przez wiele miesięcy jedynej możliwej – formie: prezentacji online. To „Stolp. Dzień kobiet” na podstawie tekstu Olgi Żukowicz, w reżyserii Julii Mark. To przedstawienie idealnie zagrało z moimi słupskimi doświadczeniami sprzed lat, kiedy szukałem tam niemieckich śladów i słuchałem opowieści tych, którzy pamiętali czasy całkowitej wymiany ludności miasta. Ten spektakl działał jeszcze mocniej przez to, że opisywał tragiczne doświadczenie kobiece. Choć oglądałem go tylko na ekranie laptopa, emocje z nim związane brzmią we mnie do dziś.
Kiedy pandemia się skończyła zacząłem pojawiać się w Słupsku w miarę regularnie i oglądać wszystkie najważniejsze spektakle: z lekkim zawstydzeniem bawiłem się przy „Jesteś szalona” Tomasza Mana, zagłębiałem się w mroczne zakątki lokalnej słupskiej historii na spektaklu „Trina. Niech nie gaśnie nigdy” Iwo Vedrala z tekstem Mariusza Gołosza, przypominałem sobie pierwsze dziecięce odkrycia za sprawą „Małego księcia” w reżyserii Zdenki Pszczołowskiej, a wreszcie wzruszałem się przy „Na borg”, jednej z części trylogii Małgorzaty Maciejewskiej, wyreżyserowanej przez Martę Streker. Ten ostatni spektakl był zresztą dla mnie szczególnie ważny w bardzo osobistym wymiarze – nieoczekiwanie okazał się powrotem do moich słupskich wspomnień z dzieciństwa: grany w kaplicy cmentarnej, kazał mi odświeżyć ścieżki, które przemierzałem wtedy przy każdej wizycie u rodziny, odwiedzając groby znanych mi tylko z opowieści przodków i przodkiń.
To był też czas, kiedy poznałem młody, ambitny, wszechstronny słupski zespół. Dzięki gorącym rozmowom po spektaklach przy okazji moich wizyt, na następne premiery przyjeżdżałem już nie tylko dla samych przedstawień, ale także po to, żeby zobaczyć znajomych aktorów i aktorki w kolejnych ciekawych rolach, a kiedy schodzili już ze sceny, dowiedzieć się po prostu, co u nich słychać.
Objęcie dyrekcji przez Zdenkę Pszczołowską odebrałem jako ważny sygnał: że ten teatr się liczy i że jest gotowy na dalsze zmiany. Przedstawicielka najmłodszego pokolenia polskiego teatru, znana z ciekawych, ważnych pod względem artystycznym i ideowym spektakli, w moich oczach gwarantowała słupskiemu teatrowi ciekawą perspektywę na przyszłość.
Kiedy więc przyjechałem tam po raz kolejny i zobaczyłem na fasadzie nowego teatralnego budynku hasło najnowszego sezonu: „Blisko”, tylko przez moment żachnąłem się, mając w pamięci długą i niełatwą podróż do Słupska – to zdecydowanie nie pomaga temu miastu być ważnym miejscem na mapie polskiej kultury. Ale zaraz potem poczułem, że do tego teatru, z różnych względów, jest mi naprawdę blisko.