spektatkle

Judy
Dziennik Teatralny
Lubicie filmy pamiętające złote czasy Hollywood? Uwielbiam „Przeminęło z wiatrem” z 1939 roku, jest to jeden z moich ulubionych filmów, który mimo upływu czasu pozostaje doskonały. Pytam o produkcje z tamtego okresu nie bez powodu. Właśnie w czasie, gdy filmy z fabryki snów osiągały rekordowe wyniki oglądalności, swoje ekranowe triumfy zaczęła odnosić Judy Garland.
Jej nazwisko może być Wam znane z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, filmowego musicalu z 1939 roku. Na pewno choć raz słyszeliście piosenkę „Over the rainbow” wykonywaną przez Garland, tylko mogliście nie wiedzieć, na potrzeby jakiego filmu powstała? Obejrzałam „Czarnoksiężnika…” raz, jako dziecko i historia dzielnej Dorotki niespecjalnie mnie ujęła. Na wiele lat zapomniałam o tej ekranizacji, nie interesowałam się odtwórczynią głównej roli.
Wspomnienie Judy Garland przyszło do mnie razem z zainteresowaniem musicalem. Wybrałam się do na spektakl „Na końcu tęczy” przygotowany przez łódzki Teatr Muzyczny i byłam bardzo zdziwiona, jak ciężko życie doświadczyło tę artystkę. Aktorka, którą kojarzyłam tylko jako małą Dorotkę, w kraciastej sukience i dwóch warkoczykach, cudowne dziecko Hollywoodu, zmarła po czterdziestu pięciu latach kariery, nie osiągając pięćdziesięciu lat życia.
13 sierpnia miałam okazję być na premierze spektaklu przedstawiającego jej postać. Sztuka „Judy” zrealizowana w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku to dobry kawałek teatru. Wystawiane na Małej Scenie przedstawienie rozgrywa się w 1969 roku, w garderobie sali koncertowej w Kopenhadze,  gdzie Judy Garland przygotowuje się do występu. Kobieta ma status wielkiej gwiazdy i korzysta z niego, jednak w samotności całkowicie się zmienia.
W rozmowach z Ed’em, przedstawicielem organizatora (w tej roli Lesław Żurek) jest władcza i opryskliwa, jednak kiedy mężczyzna wychodzi, aby zrealizować jej kulinarne życzenie, kobieta przechodzi metamorfozę. W postać Judy Garland wciela się Katarzyna Misiewicz – Żurek, która bardzo podoba mi się w tej roli. Udało jej się oddać emocje zmęczonej życiem gwiazdy bez przerysowania i ogranych gestów, których tak nie znoszę w teatrze. Dawkuje widzom cyniczne, przesączone jadem teksty, jednocześnie będące celnymi  uwagami o życiu.
W spektaklu wykorzystano kilka utworów, które wykonywała Garland. Katarzyna Misiewicz – Żurek zaśpiewała między innymi „Loverman”, „Over the rainbow”, „Gloomy Synday” (mój ulubiony utwór)  przy akompaniamencie pianina, na którym grał Przemysław Zalewski, sprawdzający się również w roli suflera. Bardzo sprawnie ograli moment, kiedy p. Katarzyna zapomniała fragmentu tekstu. Momentami mogłam mieć zastrzeżenia do brzmienia niektórych angielskich słów, które wydały mi się zbyt twarde i dosadnie artykułowane. Mogło być to wynikiem starania się, aby tekst każdej z piosenek był maksymalnie zrozumiały. Właściwie jest to mój jedyny zarzut do tej inscenizacji.
Scenografia przygotowana do spektaklu ograniczała się do krzesła, toaletki z lustrem, przy którym do występu szykowała się Judy, mikrofonu stojącego nieco z boku oraz ukrytego częściowo w cieniu pianina. Minimalistycznie, kameralnie, wystarczająco. Lubię spektakle w takim klimacie.
Fabuła spektaklu nie napawa jednak optymizmem, Judy opróżniając kolejne kieliszki wina wspomina najtragiczniejsze momenty swojego życia. Są to wydarzenia, które nie pasują do jej wizerunku gwiazdy. Najgorsza jest w tym przypadku świadomość, że są to autentyczne wydarzenia, które doprowadziły do załamania nerwowego kobiety, stając się powodami, przez które uzależniła się od leków i alkoholu. Hollywood zabiło jedną ze swoich najwspanialszych artystek.
„Judy” to dobry spektakl, ponieważ jak powtórzę, nie jest przerysowany. Porusza tragiczną historię i robi to w elegancki sposób. Bardzo miło obejrzeć taką propozycję.

Agata Białecka,

Dziennik Teatralny

15 sierpnia 2016

Wielbiona, sławna, nieszczęśliwa
„Judy” Sławomira Chwastowskiego w reż. Dominika Nowaka w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku. Pisze Daniel Klusek w Głosie Pomorza.
Wzruszający spektakl zobaczyć można było w weekend w Nowym Teatrze. „Judy” to pięknie opowiedziana dramatyczna historia amerykańskiej aktorki Judy Garland.
Pewnie każdy zna piękną piosenkę „Somewhere Over the Rainbow” z „Czarnoksiężnika z krainy Oz” z 1939 r., śpiewaną przez 17-letnią wówczas Judy Garland. Ale już nie każdy wie, jak bardzo dramatyczne życie miała ta aktorka. Choć żyła zaledwie 47 lat, aż przez 45 występowała na scenie. Była gwiazdą, ale przede wszystkim ofiarą amerykańskiego przemysłu filmowego. O tym właśnie jest spektakl „Judy” w reżyserii Dominika Nowaka, którego premiera odbyła się w weekend w Nowym Teatrze. To przedstawienie kameralne, intymne. Na scenie widzimy Katarzynę Misiewicz-Żurek, która cudownie wciela się w postać Judy zaledwie na trzy tygodnie przed jej śmiercią. Amerykańską gwiazdę poznajemy, gdy szykuje się do swojego ostatniego, jak się okazało, występu. Opowiada dramatyczną i wzruszającą historię życia.
Katarzynie Misiewicz-Żurek na scenie partneruje Lesław Żurek (prywatnie mąż), jest również pianista Przemysław Zalewski. Podczas spektaklu Katarzyna Misiewicz-Żurek wykonuje osiem najbardziej znanych piosenek Judy Garland.
„Judy” to popis gry Katarzyny Misiewicz-Żurek. Aktorka wspaniale buduje napięcie, zabierając widzów w podróż po skrajnych emocjach. To również dlatego po scenie finałowej u części publiczności pojawiają się łzy wzruszenia. A potem długie brawa, które całej trójce wykonawców bardzo się należą. Bardzo dobrze, że Dominik Nowak zaprasza do Nowego Teatru aktorów spoza Słupska. Kilka tygodni temu rolą w „Bogu mordu” publiczność oczarował m.in. Lesław Żurek. Dwa ostatnie wieczory należały natomiast do Katarzyny Misiewicz-Żurek. To dla niej i dla wzruszeń, które wywołuje, trzeba być w teatrze również w najbliższą sobotę i niedzielę. (…)

„Wielbiona, sławna, nieszczęśliwa”
Daniel Klusek
Głos Pomorza nr 190/16.08

Zabić talent
Gazeta Świętojańska
Chciałoby się nie wierzyć w smutną historię Judy Garland, ale niestety zdarzyła się naprawdę. Amerykański przemysł filmowy wyprodukował sobie dziewczynkę za zgodą jej matki, czerpiącej z tego korzyści finansowe. Nic jej nie uratowało przed skutkami zorganizowanych, odhumanizowanych działań, gdzie nie było miejsca na wrażliwość, dzieciństwo, macierzyństwo i przede wszystkim godność, o jaką Amerykanie walczą różnymi sposobami. Nowy Teatr spróbował przyjrzeć się tej artystce, przedstawiając ją w innej, niż dotychczas na polskich scenach, formie. Choć odtwarzającej tytułową rolę aktorce partneruje Lesław Żurek, „Judy” to prawie monodram, którego wyjątkowość wiąże się z interpretacją historii przez Katarzynę Misiewicz-Żurek.
Godzinne przedstawienie powstało według okrojonej wersji scenariusza Sławomira Chwastowskiego, tłumacza i muzyka z wykształcenia, co przyniosło w rezultacie słodko-gorzki spektakl muzyczny. Aktorce akompaniuje Przemysław Zalewski, co zdecydowanie nadaje oddzielny walor konceptowi. Katarzyna Misiewicz-Żurek przyciąga uwagę wtedy, gdy opowiada anegdoty z życia pierwszej Dorotki z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, ale przede wszystkim, gdy śpiewa po angielsku. W tej roli okazuje się wyjątkowa, zarówno jeżeli chodzi o akcent, jak rzadko już dziś występujący poziom interpretacji.
Z ogromną przyjemnością można było wejść w muzyczny świat Misiewicz-Żurek, oddający pełną skalę emocji dramatycznego świata Judy Garland. Usłyszeliśmy niespełna dziesięć utworów, w tym najsłynniejszy „Over the rainbow”, a także „Lovermana” czy „Gloomy Sunday”, najbardziej ponury numer z całości. „Gloomy is sunday with shadows/ I spend it all my heart and I have decided to end it all/ Soon there’ll be candles and prayers that are said/ I know/ …/Death is no dream/ For in death I’m caressin’ you/ With the last breath of my soul I’ll be blessin’ you.”
Widz otrzymuje dawkę informacji o artystce z dorobkiem pięciu mężów i trojga dzieci, pracującą na scenie od drugiego roku życia. Sprawy rodzinne przeplatają się z pracą dla Metro-Goldwyn-Mayer, dla której to wytwórni zagrała w ponad trzydziestu filmach, ale też przez którą podcięła sobie żyły, została zmuszona do aborcji swojego pierwszego dziecka, wpadła w alkoholizm, narkomanię i odbywała „staże” w szpitalach psychiatrycznych. Przez show biznes pozbawiona była zdania o sobie samej, poddawana ustawicznej licytacji nie tylko talentu, ale również wyglądu (wszyscy jej powtarzali, że piersi miała w porządku, inaczej niż z pupą, no i w ogóle nie miała szyi). Wmówiono jej pokraczność, a przez to osobliwość, podważano stale jej talent, aby odciągnąć uwagę od prawdziwych pieniędzy, jakie przynosiła jej gra. Ostatecznie zdana była wyłącznie na samą siebie, popadała w długi, złe związki, nigdy nie zdobyła zrozumienia i miłości matki, która wmawiała jej, że córka zrobiła karierę dzięki „dostępności” seksualnej matki dla tych, którzy zarządzali ekranem.
Reżyser Dominik Nowak zdecydował się okroić tekst Chwastowskiego, dzięki czemu wykrystalizowała się kreacja wokalna Katarzyny Misiewicz-Żurek, jednak zabrakło mi szerszego oglądu problemu kosztów bycia gwiazdą. W spektaklu ponadto pominięta została kwestia emocjonalnego „spadku”, jaki otrzymały dzieci artystki, w tym Liza Minelli i Lorna Luft, od najmłodszych lat występujące również na scenie. Tym samym zbyt enigmatyczna pozostaje sceniczna deklaracja Judy, w której ma nadzieję, że jej dzieci nie doświadczą podobnego losu. Ryzykownym zabiegiem jest wychodzenie poza czas sceniczny i informowanie widza o losach Judy „występującej” w Słupsku na swym ostatnim koncercie.
Ten momentami wzruszający spektakl będzie prezentowany w różnych miejscach w Polsce i mam nadzieję, iż stanie się również dowodem na to, że warto wychodzić poza formę, jaką do tej pory przyjmowały inne teatry, opowiadając historię Judy Garland według Petera Quiltera. Życzę Katarzynie Misiewicz-Żurek, aby „krzepła w roli”, bo niewiele trzeba, aby był to majstersztyk.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska online
23 sierpnia 2016