spektatkle

Latająca gosposia, czyli „Boeing, Boeing”
„Boeing, Boeing” w reż. Marcela Wiercichowskiego z Nowego Teatru w Słupsku, gościnnie w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie. Pisze Katarzyna Wysocka w Gazecie Świętojańskiej.
Wejherowska premiera światowego hitu komediowego autorstwa Marca Camolettiego (spektakl wpisano do Księgi Guinessa ze względu na niespotykaną ilość wystawień, 17 500 w 55 krajach świata) znakomicie odpowiedziała na zapotrzebowanie widowni na rozrywkę. Stała się również wyjątkowa dzięki temu, że premiera w Wejherowie odbyła się trzy tygodnie wcześniej niż w Słupsku, „rodzinnym” mieście Nowego Teatru. Tak więc długa owacja na stojąco, głośne okrzyki zachwytu, nieschodzący uśmiech na twarzach i ogólne poczucie, że uczestniczyło się w zabawie na niezłym poziomie – to pierwsze obrazy i wrażenia z premierowego „Boeing, Boeing” w reżyserii Marcela Wiercichowskiego.
Spektakl nie mógł okazać się klapą językową, bo polskie tłumaczenie popełnił Bartosz Wierzbięta, specjalista od śmiechu. Mimo jednak sprawnej translacji, to nie tekst wiódł prym, a sytuacje sceniczne, w które wplątywani byli i sami się wplątywali bohaterowie sztuki. Ekipa samolotowej historii to dwóch mężczyzn, wyróżniających się okresowym sprytem oraz trzy stewardessy reprezentujące trzy linie lotnicze. Łącznikiem między światem kobiet i mężczyzn, zaspokajającym potrzeby wszystkich w sposób przez nich oczekiwany, jest gosposia zaciągająca z rosyjska. Wszyscy starają się być niezależnymi ekspertami od życia własnego i innych, robiąc wszystko, aby funkcjonować w rzeczywistościach równoległych. Maks jednocześnie ma trzy kochanki, uprawia poligamię wolnego strzelca. Janet z American Airlines okazuje się być zawodową pokerzystką uczuciową. Lokuje miłość tam, gdzie zysk będzie największy, a przecież wiadomo, że spolegliwy mężczyzna jest na wagę złota, czyli porzuca Maksa na rzecz bogatego Amerykanina. Johanna z Lufthansy ma tak duże oczekiwania i stara się być hiper uczciwa wobec Maksa, że ostatecznie wpada w ramiona Pawła (Mateusz Młodzianowski). Joanna z Lotu (Marta Markowicz) odzyskuje równowagę psychiczną dopiero wtedy, gdy Maks strateg ponosi klęskę i oświadcza się jej. Gosposia Nadia kocha i nienawidzi dom, w którym się znalazła. Próbuje nawet sił w zalotach do Pawła, ale ostatecznie przyjęta taktyka pokrzywdzonej w „domu wariatów” okazuje się dla niej najkorzystniejszą.
Urocza komedia, jednocześnie przewidywalna i zaskakująca, zagrana została w dużej części spektaklu lekko i z pomysłem. Wszystkie postaci kobiece są dopracowane scenicznie, wpisują się znakomicie w konwencję sytuacji i roli. Stewardessy amerykańska i niemiecka urokliwie kaleczą polski język, Nadia zaciąga z rosyjska, a wszystko podane leksykalnie bez przesady i z wyczuciem. Cztery bohaterki spektaklu mają wyraziste charaktery, pozostające w zgodzie ze stereotypami na temat płci, narodowości, współczesnych związków i rozwiązków, równości płci, tradycji i oczywiście wizerunku zawodu, jaki uprawiają. Mnie przekonały dwie aktorki: Paulina Fonferek w roli Johanny i Hanna Piotrowska jako Nadia. Fonferek z dużym wyczuciem przestrzeni i energii sceny poddawała się tempu spektaklu. Jak zwykle przygotowana, z ogromną łatwością pokonywała kolejne zawiłości dramaturgiczne. Piotrowska, często grająca podobne role, podeszła do gry bezpretensjonalnie i z dystansem, rozkoszując się sytuacją i językiem. Aplauz publiczności zdobywała również, poza gosposią, Marta Turkowska jako rezolutna Amerykanka. Grała jednak zbyt gruba kreską, nie dając swojej postaci oddechu.
Rola Maksa, uwodziciela, zawodowego podrywacza i stratega romansowego została wymiennie rozdzielona na dwóch aktorów. W Wejherowie widzowie mogli podziwiać reżysera spektaklu, Marcela Wiercichowskiego, krakowskiego aktora goszczącego w Słupsku. Wiercichowski grał konwencją, z dużą dozą współczesnego prawdopodobieństwa. Mateusz Młodzianowski niestety nie pokazał nowego oblicza, był spięty i nienaturalny, co tylko w niewielkiej mierze odnosiło się do postaci, jaka odgrywał.
Scenografia autorstwa Grzegorza Sujeckiego prosta, niemal niezauważalna, łagodnie pozycjonowała bohaterów. Tylko kilka razy zabrzmiała muzyka. Dwukrotnie odtworzone zostały fragmenty „Bałkanicy”, co wywołało natychmiastowy zryw oklasków i podrygiwań. Miałam wrażenie, że uczestniczę w socjologicznym procesie behawioralnych reakcji.
Gościnne Wejherowskie Centrum Kultury coraz częściej pokazuje spektakle Nowego Teatru ze Słupska, jak się okazuje nierzadko z korzyścią artystyczną dla widza, a na pewno logistyczną oraz poznawczą. Przeważa tematyka komediowa, choć już niedługo, bo 20 września, będzie można zobaczyć kolejną premierę Nowego, „W małym dworku” Witkacego, zatem może być poważnie lub na pograniczu powagi.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska online/11.09
16-09-2014