Tajemnicza mgła

Czy „inne” musi koniecznie oznaczać „złe”? Czy historia nie dała nam już wystarczająco dużo lekcji na ten temat?

Recenzja spektaklu “Kupiec wenecki” w reż. Szymona Kaczmarka autorstwa Natalii Kubiś, uczestniczki Klubu Recenzenta NT

Ostatniego dnia stycznia roku 2020 po raz kolejny znalazłam się na widowni Nowego Teatru w Słupsku. Szczerze mówiąc, o owianym sławą klasyku spod pióra samego Szekspira wiedziałam tyle, co nic. Po autorze tak istotnych dla literatury światowej dzieł, jak „Romeo i Julia”, czy „Makbet” – spodziewałam się wszystkiego. Bez żadnych wstępnych oczekiwań pozwoliłam porwać się spektaklowi, który okazał się prawdziwą przygodą zawierającą ponadczasową przestrogę od szesnastowiecznego autora.

Rzucona w wir tajemniczej mgły, publiczność poznaje historię dwóch bliskich przyjaciół – Bassania (Wojciech Marcinkowski) i Antonia (Krzysztof Kluzik), czyli tytułowego kupca. Zmuszeni są do pożyczenia sporej sumy dukatów od – nie do końca budzącego zaufanie – Shylocka (Igor Chmielnik). Już na początku przedstawienia dostajemy wskazówkę odnoszącą się do ich losu, kiedy jeden z nich przypisuje im odpowiednio: rolę błazna i rolę tragiczną. Jednak, czy to właśnie ta dwójka zostaje ostatecznie najbardziej pokrzywdzona?

Sztuka ta boleśnie przypomina nam o problemie prześladowań na tle religijnym, które na przestrzeni wieków nieco złagodniały, ale nie zniknęły kompletnie. Odważyłabym się nawet stwierdzić, że brak tolerancji należy do kluczowych problemów dzisiejszych czasów. Czy „inne” musi koniecznie oznaczać „złe”? Czy historia nie dała nam już wystarczająco dużo lekcji na ten temat? Gdyby człowiek potrafił spojrzeć na świat z perspektywy drugiego człowieka – z pewnością rozwiązalibyśmy wiele problemów, z którymi od lat walczymy.

Ogromną zaletą przedstawienia jest wskazanie przez reżysera – Szymona Kaczmarka – uniwersalności tej szesnastowiecznej komedii. Można śmiało stwierdzić, że problematyka utworu pasuje doskonale zarówno do czasów szekspirowskich, jak i teraźniejszych. Zostało to dobitnie podkreślone strojami aktorów, czy scenografią, którą zajęła się Kaja Migdałek. Bardzo ciekawym zabiegiem było zastąpienie szkatułek stalowymi kontenerami. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było zastosowanie projektora, dzięki czemu widownia mogła poczuć się jak w transie, zostać owładnięta przez głos Porcji (Monika Janik), tak jak ona owładnęła sercem Bassania. Dzięki temu, że zajęłam miejsce w drugim rzędzie, nie umknęła mi nawet malutka tęczowa przypinka na piersi Wojciecha Marcinkowskiego.

Oprawa muzyczna, którą zajął się Żelisław Żelisławski – nie przypadła mi do gustu. Przez cały spektakl wydawała mi się dość rozpraszająca, miejscami nawet irytująca. Jedynie utwór kończący wydawał mi się adekwatny do sytuacji i idealnie podsumował przedstawienie. Dzięki temu, scenie został nadany głębszy sens, który przyprawił mnie o dreszcze. Oprócz tego, nie czułam rozbawienia a zażenowanie, słysząc niektóre żarty, które powodowały śmiech na widowni. Te sprawy należą już do personalnego gustu.

„Kupiec wenecki” daje nam do zrozumienia, że nie warto szukać zemsty. Często gniew doprowadza nas do niemoralnych czynów, za które przyjdzie nam kiedyś zapłacić. Każdy medal ma dwie strony. Obieranie perspektywy zawsze sprawiało mi kłopot, bo uważam, że nie istnieje takie zjawisko, jak dobro i zło. Zawsze znajdzie się coś pomiędzy, a my możemy co najwyżej wybrać mniejsze zło. Myślę, że w życiu należy kierować się dobrocią oraz warto być dobrym nie tylko dla innych a dla samego siebie. Spektakl dał mi do zrozumienia, że do miłosierdzia nie można zmusić. Trzeba je komuś najpierw okazać.


09:32, 7 lutego 2020