Obraz miejskiego życia w spektaklu „Ulica”

3 marca 2018 roku w naszym teatrze miała miejsce premiera spektaklu „Ulica” opowiadającego o ulicy Długiej w Słupsku. Ulica Długa wcale nie jest długa, jak głoszą pierwsze słowa przedstawienia. I owszem, jest całkiem krótka, ale życiorysami i przemyśleniami jej mieszkańców można zapełnić grube tomy encyklopedii. „Ulica” to inscenizacja powieści Daniela Odiji pod tym samym tytułem. Nie jest łatwo przenieść prozę na scenę, ale twórcom tego spektaklu udało się zbudować autorską reżyserską opowieść o ulicy Długiej w formie krótkich scen-impresji, niczym rozdziałów z książki, dotyczących różnych bohaterów i różnych postaci.
Uważam, że świetnie wykorzystano możliwości słupskiej sceny. Scenografię zbudowano z ruchomych paneli pokrytych brzydkim starym orzechowym fornirem. Ruchome płyty tworzyły budynki z ulicy Długiej oraz piętro z otwieranymi oknami, z których wychylają się głośne mieszkanki i wykrzykują swoje racje. Oświetlenie imitujące uliczne lampy i psychodeliczne fioletowo-zielone błyski budują atmosferę tandetnego disco lat słusznie minionych oraz podkreślają atmosferę beznadziei. Muzyka bardzo dokładnie oddaje czasy dorastania Odiji i dźwięki ulicy Długiej. Skąd wiem? Bo byłam, tzn. skracałam sobie czasami drogę przez ulicę Długą i ciekawie rozglądałam się zastanawiając się nad tym, skąd wzięła się ta legenda. Legenda o przestępczości zorganizowanej i rzekomych niebezpieczeństwach czyhających na niewinnego przechodnia.
Jak pokazać słupszczanom ulicę, która oddalona jest o kilkaset kroków od teatralnej sceny? Przecież mogą przejść się sami i zobaczyć na własne oczy, co się tam dzieje. A czy dzieje się tak jak w powieści? Wydaje mi się, że nie. Budowa Galerii Słupskiej, Lidla, zamknięcie hotelu Rowokół chyba zmieniło coś w poziomie bezpieczeństwa ulicy Długiej. Tak mi się wydaje, ale dokładnie nie pamiętam.
Wróćmy jednak do wspomnień budzonych przez sztukę do samego przedstawienia. Nasi aktorzy stanęli na wysokości zadania, bo nie jest łatwo zagrać role trzeźwe, a co dopiero pijane czy naćpane. Odtworzenie chodu i mowy wieloletniego pijaka jest zadaniem niezmiernie trudnym. Oprócz poruszania opuchniętymi, obolałymi kończynami trzeba mówić niewyraźnie, bełkotliwie, ale na tyle zrozumiale, aby przekaz dotarł do widowni. Kreacje naszych aktorów są niesamowicie wiarygodne i z niemal fotograficzną dokładnością oddają mieszkańców ulicy. Kanada czy Cebule poruszają się i mówią hipnotyzując publiczność sposobem, w jaki tłumaczą sobie sens codziennej egzystencji. Patrzenie na te postaci boli tak, jak czytanie „Zmierzchu” Żeromskiego czy oglądanie produkcji Patryka Vegi.
Obserwujesz tych ludzi i wydaje Ci się, że coś trzeba zrobić. To echa ideologii pozytywistycznej, które wpaja się od szkoły podstawowej. Nie możesz pozostać obojętny, musisz coś zrobić, musisz tym ludziom pomóc… Pomóc? Wydobyć się z brudu, nędzy i bezsensu istnienia? Rzucić alkohol, papierosy, narkotyki, przeklinanie, pójść do normalnej pracy, zarabiać uczciwie, uczciwie opłacać rachunki i płacić podatki? Wytłumaczyć dzieciom, że można zdobywać środki na utrzymanie inaczej niż przez kradzież i opiekę społeczną? Jak? Czy można „naprawić” społeczeństwo? Czy zawsze znajdą się takie jednostki, jak Kanada, które po prostu chcą i potrzebują życia w komórce z desek przytulonej do boku kamienicy i taniego wina z dużą ilością siarczanów… czy fantasmagoryczne sny mieszkańców Długiej są gorsze od snów trzeźwych mieszkańców z Lutosławskiego czy z Deotymy?
„Ulica” nie jest sztuką, którą ogląda się łatwo i przyjemnie. To nie jest sztuka, w trakcie której śmiejemy się do łez. Mnie nie drgnął kącik ust przez całe przedstawienie, za to kilka razy zamarłam w wyrazie grozy, przerażenia, rozpaczy. „Ulica” jest mocna, uderza po głowie z obu stron i pozostawia oszołomionym obrazem ludzkiej nędzy i rozpaczy, w której jest jednak poezja.
M.


11:27, 20 marca 2018