Modernistyczna biel

…ciemne, pełne czerni ujęcia urozmaicone złotymi owocami, żółtym swetrem i rudymi włosami idealnie kontrastują z futuryzmem sceny, tym samym potęgując w widzu niepokój i dodając nagraniom obrazującym życie bohaterów powagi, bólu i szaleństwa.

Anna Jastrzębska // recenzja powstała w ramach prac Klubu Recenzenta NT

 

W dniach, kiedy cały świat pogrążony jest w chaosie i, jednocześnie, całkowicie zablokowany przez pandemię koronawirusa, Nowy Teatr w Słupsku nie pozwala swoim widzom na znużenie i co kilka dni udostępnia w internecie nagrania spektakli. Dzięki temu, 26 marca dane mi było obejrzeć „Tlen”, w reżyserii Aleksandry Skorupy, którego, innym sposobem, prawdopodobnie nie byłabym w stanie zobaczyć.

Sztuka o tym prostym tytule została stworzona przez rosyjskiego dramatopisarza, Iwana Wyrypajewa. Od lat wystawiana jest na deskach wielu europejskich teatrów, ciągle tak samo trudna. Z tego powodu jej realizacje zapewne nie za każdym razem były owocne, ale moim zdaniem słupski teatr poradził sobie z tym wyśmienicie. Na długo po spektaklu widz wciąż zadaje sobie pytania: czym właściwie jest sumienie? Które wartości są tymi prawidłowymi? Kiedy miłość jest prawdziwa? Bardzo łatwo zagubić się w szaleństwie i monologach głównych bohaterów, którzy na przemian opowiadają historię pary młodych ludzi i zagłębiają się w dyskusje na temat problemów zarówno współczesnych, jak i tych targających naszym społeczeństwem od lat.
„Tlen”, mimo oglądania go na ekranie komputera, wywołał we mnie wielkie poruszenie, które zapewne na żywo byłoby wręcz przytłaczające. Przyczyniły się do tego wszystkie aspekty spektaklu.
Na samym początku widzimy młodego mężczyznę (Wojciech Marcinkowski), siedzącego na krześle. Ubrany jest w żółty sweter, wciągnięty w czarne spodnie. Prawie wszystko dookoła pozbawione jest koloru, biel ścian wręcz gryzie w oczy. Dodaje to klimatu futuryzmu, a zarazem czegoś nieznanego, niepojętego, w kontekście sztuki być może pozaświatowego. Z modernistycznej bieli wyróżniają się trzy elementy. Pierwszym z nich jest szklana, zabarwiona na czarno płyta z okrągłymi ekranami, za którą kryje się zespół (Ze Velocipedes), przywdziewający niemal średniowieczne stroje, co idealnie zgrywa się z poruszonym w sztuce zagadnieniem moralności i sumienia, od tysięcy lat niezrozumianym przez ludzi, cały czas zmieniającym się, a mimo to znajdującym swoje odwzorowanie w każdej epoce. Kolejne dwie, wyróżniające się rzeczy, to peruki – jedna ruda, długa, wisząca na ścianie, druga czarna, krótka, nałożona na leżącego u stóp mężczyzny manekina. Przedstawiają one dwie kobiety, które pojawiają się w życiu Saszy, mieszkańca małego rosyjskiego miasteczka, o którym opowiada sztuka. Czarne włosy należą do jego żony, którą brutalnie zamordował w imieniu szaleńczej miłości, jaką obdarzył Saszę z Moskwy, właścicielkę rudych włosów, nie stroniącą od seksu i używek, nadającą Saszy z miasteczka sens życia i darującą tlen, którego tak pragnął.

Z tą niesamowicie klimatyczną scenografią, stworzoną przez Tomasza Schaefera, zlewa się postać grana przez Monikę Janik. Ubrana w zwiewne, lekkie, białe ubrania (przygotowane przez Izabelę Banaszek), aktorka odgrywa nie tylko rolę narratorki, ale też rudowłosej Saszy, co widzimy na małych, okrągłych ekranach. Zabieg ten wydał mi się bardzo interesujący, jednak nie mogłam doświadczyć go w stu procentach ze względu na oglądanie nagrania sztuki. Wiem jedynie, że ciemne, pełne czerni ujęcia urozmaicone złotymi owocami, żółtym swetrem i rudymi włosami idealnie kontrastują z futuryzmem sceny, tym samym potęgując w widzu niepokój i dodając nagraniom obrazującym życie bohaterów powagi, bólu i szaleństwa. Oczywiście, nie tylko one wprawiają w nastrój rozdrażnienia, być może nawet grozy. Historia Saszy opowiadana jest bez jakichkolwiek zahamowań, bardzo realistyczne są przedstawione w niej obrazy i uczucia. Z takim samym podejściem narratorzy podchodzą do swej dyskusji, nieraz na tematy tabu, często zdając się stąpać po granicy szaleństwa. Samo to, do czego człowiek jest zdolny i co może pojawić się w naszych głowach przeraża, a wspomaga to uczucie muzyka, wyraźnie inspirowana klasycznymi horrorami, oddająca obłąkanie Saszy, a momentami także narratorów, zaczynających przeplatać się z postaciami, których historię opowiadają.

Niezwykle przypadła mi do gustu i poruszyła mnie gra aktorska. W głosach aktorów dało się wyczuć wszystkie emocje, jakie mogłyby przepełniać osoby opowiadające o tak brutalnych zdarzeniach, ale również ludzi, którzy w nich uczestniczyli. Miałam wręcz wrażenie, że czuję to samo, co oni, że wcale nie oglądam sztuki teatralnej, lecz słucham prawdziwej historii, przedstawionej przez dwóch, dziwnych znajomych, nie mogących dojść do porozumienia w kwestiach moralnych.

Chciałabym polecić “Tlen” w wersji słupskiego teatru każdemu, jednak wiem, że ze względu na jego specyfikę byłoby to niemożliwe. Sztuka, choć moim zdaniem niesamowita, poruszająca i skłaniająca do naprawdę głębokich przemyśleń, może dla niektórych wydać się zbyt nieokrzesana, chaotyczna, dziwna, może zbyt brutalna w swej bezpośredniości. Zarówno opowiedziana w niej historia, jak i muzyka, scenografia i forma przedstawienia odbiegają od popularnych dzisiaj dzieł. Uważam to jednak za ogromny plus, bowiem nieczęsto dane jest nam ujrzeć coś, co w swoim pozornym minimalizmie i dosadności tak intryguje i wprowadza w tak silne nastroje. Z chęcią obejrzałabym “Tlen” jeszcze raz, tym razem na żywo.


14:01, 5 maja 2020