„Dwoje biednych Rumunów” – recenzja spektaklu w ramach Klubu Recenzenta – Kordian Dziwisz

Początki wystawiania sztuki „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” przypadają na listopad 2006, kiedy to debiutująca w tamtym czasie Dorota Masłowska wydaje dramat (który został napisany na zamówienie TR Warszawa) pełny zarówno zabawnych, jak i ponurych momentów. Tego samego roku odbyła się pierwsza jej inscenizacja, której recenzje były różne, potwierdzają to nawet słowa samej autorki „Spektakl zrobiony przez Wojcieszka to dla mnie trochę wstyd, mimo że widziałam jego powstawanie od początku. Nie chodzi o zaginięcie tekstu, który ma jakieś maksymalne wysycenie różnymi fajerwerkami i komplikacjami, i nawet jak pięćdziesiąt procent z nich ginie w masie, to i tak dużo zostaje(…)”. Część czytelników, którzy mieli okazję zobaczyć spektakl uważa, że sztuka ta nie nadaje się do wystawienia na scenie, a najlepszym sposobem na poznanie i zrozumienie jest przeczytanie jej papierowego wydania.
Subiektywnie muszę jednak stwierdzić, że jedynym sposobem, by poprawnie ocenić dramat jest ujrzenie go na deskach teatru. Co nie oznacza oczywiście, że „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” jest sztuką złą. Aktorzy, którzy 26 listopada przedstawili mi tę historię (a muszę przyznać, że był to mój pierwszy kontakt z takim rodzajem teatru), zachwycili mnie swoją grą. Przede wszystkim byli świetnie dobrani do swoich ról, chociaż osobiście nie jestem zwolennikiem wcielania się jednego aktora w kilka postaci. Należy jednak mieć świadomość, że skromny teatr tego nie uniknie. Żywiołowość i zaangażowanie tychże artystów wręcz budziła sympatię. Nie wiem również, jakim cudem powstrzymali się od parsknięcia śmiechem, ponieważ grane przez nich role były po prostu komiczne. Cały spektakl z biegiem czasu robi się jednak coraz bardziej ponury. Potęgują to wrażenie zabawne momenty, które mimo wszystko przeważają nad coraz to bardziej desperackimi aktami głównych bohaterów. Komizm wynika więc nie tylko z akcji, lecz również z ironii zaistniałej sytuacji.
Podobne zjawisko odczułem na przedpremierowym pokazie „Ataku paniki”, który przyszło mi zobaczyć niecały tydzień wcześniej. Tam zabawne sceny pogłębiały tylko coraz większe poczucie chaosu, bezsilności i rozpaczy bohaterów. Sposób, w jaki została przedstawiona podróż Dżiny i Parchy, oraz satyryczne sytuacje na kolejnym przystanku powinny przemówić do każdego widza, a prowadzone przez nich szczere rozmowy, mimo pojawiających się żartów, kojarzą się z małżeńskimi przekomarzankami. Wraz z postępującą akcją dowiadujemy się coraz więcej na temat głównych bohaterów i ich przeszłości. Przekonujemy się, że cała historia jest spowodowana jednym kontaktem ze środkami psychoaktywnymi. Jest tu więc zarówno przedstawiony efekt motyla, jak i niepożądane skutki zażycia narkotyków. Słuchając ich zrobiło mi się wręcz żal, nie tylko Parchy, u którego ten jeden wybryk z przypadkową by się wydawało kobietą może zniszczyć całą jego karierę, ale również Dżiny, którą całe życie spotykają nieszczęścia, a szuka tylko stabilizacji. Przedstawione przez aktorów poszczególne skecze powodowały gromki śmiech publiczności, bez wyjątków.
Kończąc tą recenzję i podsumowując wszystkie moje odczucia wobec tego spektaklu mogę stwierdzić, że w żaden sposób nie żałuję tego przeżycia. Jest to sztuka, jak już wcześniej wspomniałem, niepowtarzalna, tak samo jak aktorzy, których przyszło mi ujrzeć. Wszystko razem tworzy przystępny, niedługi i współczesny dramat, skłaniający zarazem do głębszego przemyślenia przedstawionej historii.

Kordian Dziwisz / ZSP nr 1 w Słupsku


15:41, 7 grudnia 2017