Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku – do Polaków, o Polsce, psychopolskodelicznie.

26 listopada 2017 roku o godzinie 18:00 w Teatrze Nowym w Słupsku na górze na rampie usiedli sobie Witkacy, Gombrowicz, Mrożek i Beckett. Patrzą w dół na scenę zarzuconą najdziwniejszymi rekwizytami (białe niedźwiedzie, Matka Boska, figurki psów, tajemnicze przedmioty ukryte pod prześcieradłami) i słuchają monologu Igora Chmielnika, który już 15 minut przed rozpoczęciem spektaklu w stroju bacy wyrzucał z siebie słowa w stronę publiczności zajmującej miejsca. Jak się zachować? Czy słuchać Igora, czy może skupić się na wyłączeniu telefonu i rozmowie z sąsiadem?
Dzwonek. Zaczyna się przedstawienie. Do genialnego (chapeau bas!) Igora na scenie dołączają Monika Janik i Wojciech Marcinkowski. Zaczyna się. Dwoje rumuńskich żebraków wsiada do Igora do samochodu i jadą gdziekolwiek, do „Ebląka”. Ilość tekstu, jaki z siebie wyrzucają, poraża. Nie wiem, jak oni nauczyli się takiej ilości scenariusza. Wygłaszają go skacząc, podskakując, naciskając piszczące zabawki… kondycja fizyczna aktorów wymagała z pewnością półrocznego crossfitu. Widać to szczególnie w scenie samobójstwa Dżiny, która dobre kilka minut zwisa na rękach z trapezu. Podziwiam. Widać, że w przygotowanie spektaklu włożono ogromną pracę, nie tylko reżyserską, ale głównie aktorską.
Szokuje mnie polszczyzna, jaką mówią bohaterowie. „Skąd mam Ci ufać?” dźwięczy w moich uszach przez kilka dni po spektaklu. Po wyjściu z teatru zaczęłam jednak uważnie przysłuchiwać się ludziom na ulicy, na przystanku, w pracy, w sklepie, w autobusie. Cholera jasna, my się tak wyrażamy, my tak mówimy, nie dbamy o błędy, przerywamy zdania i wyrazy w połowie, łączymy jakieś dziwne związki frazeologiczne – nikt z nas nie dba o czystość, poprawność, poziom polskiej mowy. Jak Masłowskiej udało się to po raz kolejny wychwycić? Nie wiem. Podziwiam po raz kolejny.
Narkotyki. Trip narkotyczny i antyczny motyw „homo viator” człowieka w drodze, w podróży, w której może się nie kształci, ale odkrywa gorzką prawdę o sobie i o innych jest prześwietnie oddany przez naszych bohaterów. Ja wierzę. Wierzę w przerywane psychodelicznymi dyskobłyskami, stroboskopowymi migawkami i symbolicznymi scenami sytuacje. Wierzę, że to Rumuni wpakowali się do samochodu bacy, po czym wysiedli w ostródzkim lesie. (Ach, te kraciaste torby przypominają mi ostatnie widoki na dworcu w Gdańsku Głównym). Wierzę, że Dżina jest w ciąży, chociaż reżyser kazał jej przecież wsadzić poduszkę za pasek (helou, powinnam się od razu zorientować). Wierzę, że w ostródzkiej restauracji czeka na nas miś (brawo, Igor, nie widziałam nigdy w życiu, jak ktoś może grać przodem i tyłem), który wyprosi nas na zewnątrz. Najlepsza, dla mnie, porażająca scena jest rodem z „Trudnych spraw” albo innych tego typu show. Pijana kobieta za kierownicą bierze dwoje autostopowiczów. W międzyczasie na jaw wychodzi zdrada jej męża. Ona, chcąc się odegrać, postanawia siebie i samochód zniszczyć, w sumie w pierwszej kolejności samochód (nowiutki, na kredyt, za 50 000), bo przecież mąż tak go kocha. Wspaniała gra aktorska (zwłaszcza wychylenia na zakrętach), cięty, szybki dialog, śmiech niczym Kasi Pakosińskiej i rozmowa przez komórkę za kierownicą przy jednoczesnym popijaniu – genialne. Szokujące, trzymające w napięciu, dla mnie – bajka.
Zakończenie ma miejsce na statku rudofalowcu Ibuprom wypływającym z Elbląga (!) do Rumunii. Wita nas kapitan Titanica, a na scenę wchodzą on i ona. Ona rzuca dziecko do morza. Co to znaczy? Nie wiem. Ale widzę lalkę spadającą na scenę przed oczyma duszy od zeszłej soboty.
Wróćmy do naszych czterech wielkich dramaturgów siedzących na rampie. Witkacy, oglądając „Dwoje biednych Rumunów” doszedł do wniosku, że narkotyki, alkohol i warszawskie imprezy pseudoartysów („Gram księdza Grzegorza w serialu” mówi Parch) zbliżają widzów do transcendencji i genialnie poszukują tej Czystej Formy. Gombrowicz widząc ucieczki przed gębą (gęba aktora, nastoletniej matki, zdradzanej żony) zaciera ręce z radości i czeka na autentyczność prawie transatlantyckiego rudofalowca Ibuprom. Mrożek widzi czysty, czyściutki absurd, który jednak powoduje, że w widzu oprócz fali wewnętrznego śmiechu (tego „inteligentnego”) budzi się przerażenie porównywalne z tym, jakie musiał odczuwać Artur wobec Edka. Edek zresztą znowu wygrywa w pewnym sensie. Beckett zastanawia się, czy to z jego śmietników wysypano sceniczne dekoracje i stworzone kostiumy oraz czy gdyby Godot nadszedł, może Gina nie wyrzuciłaby dziecka za burtę? Może Gina nie powiesiłaby się w łazience schizofrenicznego Sarmaty, któremu wszyscy dotykają?
Szok. Taki dobry szok, pozytywny, wyrwanie z codzienności, mocny cios (poduszką!) w twarz i baczniejsze zwracanie uwagi na to, co dzieje się wokół. To moje wrażenia po wyjściu z teatru. Już nie mogę się doczekać „Biedermanna i podpalaczy”.

Anna Rozenek / 02.12.2017


15:39, 7 grudnia 2017