Duma narodowa

…aktorska wersja dumy narodowej mogła zmienić moje spojrzenie na przedstawioną fabułę i postaci.

Anna Jastrzębska // tekst napisany w ramach pracy Klubu Recenzenta NT

 

Muszę przyznać, że wizja obejrzenia „Pana Tadeusza” na deskach Nowego Teatru w Słupsku rodziła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, dzieło Mickiewicza nie było dla mnie zbyt interesujące, czy zapadające w pamięć, dodatkowo za bardzo kojarzyło mi się z niewygodnym krzesłem zajmowanym przeze mnie o godzinie ósmej rano w sali od języka polskiego. Z drugiej, romantyzm zajmuje pierwsze miejsce wśród moich ulubionych epok, zarówno literackich, jak i historycznych, a aktorska wersja dumy narodowej mogła zmienić moje spojrzenie na przedstawioną fabułę i postaci. Tak więc usiadłam przed uruchomionym na ekranie mojego laptopa nagraniem, które udostępniono mi w ramach Klubu Recenzenta, czując lekki przymus, ale i ciekawość. Bałam się, że odniosę wrażenie odrabiania pracy domowej. I, o ile moje uczucia w dalszym ciągu pozostają mieszane, to nie spodziewałam się, że po skończeniu drugiego aktu będę żałować braku niektórych scen z książki, a tym samym, że sztuka nie trwa dłużej.

Tym, co najbardziej wciągnęło mnie do świata widocznego na nagraniu, były zdecydowanie dobór aktorów do ról oraz ich gra. Niektóre postacie, takie, jak Klucznik czy część szlachciców, oddane były idealnie, interpretacja innych zdecydowanie mnie zaskoczyła i polubiłam je o wiele bardziej, niż te z pierwowzoru. Również relacje między nimi, choć niestety delikatnie spłycone (zapewne przez limit czasowy), zawierały ducha tych z książki, ale i nabrały nowego, żywszego, komediowego znaczenia. Stwarzało to pozytywne wrażenie.

Sztuka ma w sobie coś ciekawego – świetne aktorstwo i całkiem udany humor w akompaniamencie niewybijającej z rytmu muzyki sprawiają, że nie chce się być z tej rzeczywistości wyrwanym. Bynajmniej nie znaczy to, że jest to przedstawienie idealne. „Pan Tadeusz” to, niestety, pierwsze obejrzane przeze mnie dzieło słupskiego teatru, w którym nie podobały mi się zamysły kostiumograficzne i scenograficzne. Niektóre stroje, jak te Klucznika, Asesora, czy Rejenta, pięknie wpasowują się w przedział czasowy i miejsce, w jakim odbywają się przedstawione wydarzenia. Widoczne są w projektach kostiumów elementy klasyczne dla szlachty polskiej z początków XIX wieku, takie jak sporej wielkości wąsy, kontusz, kołpak. Wiele do życzenia pozostawiały jednak ubiory pozostałych postaci. Spodnie często wyglądały na współczesne, nijak wpasowujące się w realia sprzed dwustu lat, a strój Telimeny mógłby zostać uznany za bieliznę. Być może zawinił tutaj czas, być może zbyt mały budżet, jednakże sądzę, że dało się wybrnąć z tego w inny sposób, zwłaszcza jeśli mowa o strojach kobiecych, bowiem suknie popularne wtedy w Europie i Ameryce Północnej nie odbiegały stylistycznie tak bardzo od tych, jakie noszone są do dzisiaj, zwłaszcza w ciągu ostatnich kilku lat, kiedy moda w stylu vintage góruje.

Największy zarzut mam do scenografii. Prawdopodobnie zależy to w dużej mierze od indywidualnego podejścia, lecz według mnie, w teatrze ważne są zamysł i estetyka. Poprzez estetykę nie mam na myśli ustawiania wszystkiego w idealnych odstępach, lecz ogólnie pozytywne odczucia, nawet, jeśli scenografia domyślnie nie ma być ładna. Najważniejsze jest, aby wygląd sceny miał odwzorowanie w samej sztuce, jakieś znaczenie, zamysł. Niestety, wydaje mi się, że właśnie tego zabrakło w „Panu Tadeuszu”. Ustawione stoły w towarzystwie szarych słupów nie przywodzą na myśl siedziby dumnej, polskiej szlachty. Słupy nie dodają klimatu zamkowego, jaki zapewne był zamierzony, więc nie rozumiem, dlaczego nie można było z nich zrezygnować na rzecz samego stołu.

Jednakże, odsuwając na bok problemy scenograficzne, nasza epopeja narodowa w wykonaniu słupskiego Nowego Teatru to sztuka, którą warto zobaczyć. Zwłaszcza, jeśli nie polubiło się samej lektury. „Pan Tadeusz” to ważny element polskiej kultury i obejrzenie go na deskach teatru przekonało mnie, że warto jest być do niego pozytywnie nastawionym. Słupski teatr podchodzi do niego z humorem, którego w moim odczuciu zabrakło w oryginale, choć prawdopodobnie duże działanie mają tutaj różnice kulturowe między epokami. Nie jest to też całkowicie komedia, albowiem ważne dla postaci, dramatyczne momenty w teatrze pozostały równie bolesne. Wiem, że nie jest to pokazowe dzieło, lecz warto je obejrzeć, aby poznać naszą historię i kulturę w łatwiejszy sposób, niż brnąc przez kilkaset stron wierszowanej prozy, którą większość Polaków zapewne rzuci w kąt.


14:03, 5 maja 2020