DoTleńMy Małą Scenę

Recenzja spektaklu „Tlen” w reżyserii Aleksandry Skorupy
„Bo kiedy kobietę nie stać na drogie perfumy, to powinna polegać na mydle dla dzieci i szamponie pokrzywowym. A jeśli nie ma Tlenu, to nawet to jej nie pomoże”. Kobiety dzielą się na dwa gatunki: takie, które Tlen dają i takie, które są beztlenowe. Którą kobietą jesteś? Którą stajesz się w związku z mężczyzną? Czy za każdym razem, kiedy decydujesz się na intymność z kimś, zakochujesz się w nim trochę? Tak jak ona – Sasza – przepiękna dziewczyna o długich rudych włosach i zielonych oczach, która w sukience z Amsterdamu chodziła boso wokół pomnika Gribojedowa? Sasza z wielkiego miasta odmieniła życie Saszy – jego – z małej rosyjskiej miejscowości, który doszedł do wniosku, że jego czarnowłosa żona już nie daje mu Tlenu. W związku z tym odebrał jej życie łopatą, a potem tańczył i tańczył głośno słuchając muzyki. Muzyki zawsze słuchał głośno tak, że nie doleciały do niego brzmienia ogólnoludzkich przykazań Dekalogu” „Nie zabijaj” i „Nie cudzołóż”. Wyznawcy i wielbiciele Tlenu mają własny Dekalog, a najważniejsze jest, aby tancerzom w płucach nie zabrakło siły (Tlenu) do tańca.
Bardzo oryginalny spektakl na Małej Scenie to okazja to podziwiania w minimalistycznej scenografii gry Moniki Janik i Wojciecha Marcinkowskiego w pełni ich gry aktorskiej. To okazja do skupienia się na słowach przez nich wypowiadanych, ale też na mimice i mowie ciała. Dialog obojga nie nudzi, zwłaszcza, że przeplatany jest różnymi „gierkami” damsko-męskimi w „moje-twoje”, „ja mam rację”, „ale jesteś głupi”, „mów, co chcesz, i tak wygram tę dyskusję”. Żywa chemia między bohaterami angażuje widzów w sens filozofii Tlenu i pytanie o sens życia i prawo do szczęścia każdego człowieka – i Saszy z małego miasta, i Saszy z wielkiego miasta.
Wydawało mi się, że z Biblią zrobiono już wszystko. A jednak okazuje się, że można jeszcze ją wykorzystać i wpleść w nowoczesne rosyjskie przedstawienie w taki sposób, że na nowo dyskutujemy nad przekazywanymi przez Księgę prawdami. Na nowo rozważamy jej imperatywy odnosząc je do konkretnego życia. Paralelizmy składniowe wykorzystane w sztuce pozwalają na zapamiętanie pewnych elementów, które chodzą za człowiekiem jeszcze tydzień po obejrzeniu spektaklu.
Ogromne wrażenie wywarły na mnie kostiumy aktorów. Półtransparentne ubrania, jej – w kobiecym delikatnym różu, jego – w granacie i infantylnej żółci – symbolizują odsłanianie prawdy o nas, o ludziach, przed widzami i przed sobą nawzajem. Kto ma odwagę pokazać o sobie prawdę? Zwłaszcza, kiedy jest się bezTlenowcem? Dodatkowo warto zwrócić uwagę na animacje komputerowe wyświetlane na skomplikowanym systemie rzutników i wyciętych w szkle kół, która wzmacnia wrażenie „mroku” ludzkiej duszy prezentowanego w spektaklu. Cały sens sztuki podkreśla muzyka Velocipedes, którzy ukryci za sceną w ciemnych kapturach nie tylko grają, ale również budują efekty dźwiękowe w spektaklu (Brawo Adrian! Chapeau bas!). Kiedy na koniec sztuki zapada ciemność absolutna i słychać tylko bicie bębnów wzmacniane dźwiękami gitary basowej, chciałoby się nawiązać kontakt ze swoimi tancerzami w płucach i spytać: czy nie brakuje Wam Tlenu?
„Tlen” się przeżywa w atmosferze wyznania i intymności. „Tlen” wyrywa z szarej codzienności. Chociaż nikt z nas nie usprawiedliwi zamordowania żony łopatą z powodu niewydzielania przez nią Tlenu, to jednak zastygamy w podziwie dla Aleksandra i Aleksandry nie bojących się walczyć we współczesnym świecie o swoje prawo do szczęścia za wszelką cenę.
Brakuje Ci Tlenu? Chcesz pomyśleć o tym, jak mieć siłę do szukania spełnienia? Przyjdź do Nowego Teatru.
Anna Maria Rozenek / 03.07.2018


12:09, 4 lipca 2018