„Ich bin ein Biedermann” czyli jak nie wpuścić do swojego domu podpalaczy

2 grudnia 2017 roku w Nowym Teatrze w Słupsku premierę świętował spektakl „Biedermann i podpalacze” oparty o sztukę szwajcarskiego dramaturgo-architekta Maxa Frischa. Przewrotnie, zaskakująco i oryginalnie zapowiadano tę premierę w Słupsku. Podczas poprzednich wizyt w teatrze można było poczęstować się pudełkami zapałek z mini-plakatem przedstawienia. W końcu kto ma zapałki, ten może zostać podpalaczem, prawda? Dodatkowo tuż przed samym wejściem do teatru rozpalono w śmietnikach. Przybywających witali tancerze ognia uprawiający swoje akrobacje przy dźwiękach mocnej, orientalnej muzyki.
Historia przedstawiona w „Biedermannie i podpalaczach” jest równie prosta jak tytuł tej sztuki. Tytułowy bohater (Pan Biedermann – w tej roli Jerzy Karnicki) jest bogatym i wpływowym niemieckim biznesmenem w jednym z uroczych miasteczek. Przejmuje się on plagą podpaleń, która ostatnio ma miejsce w jego otoczeniu. Swoje oburzenie wykrzykuje uroczej służącej Annie (którą gra Monika Janik) oraz statecznej, niemieckiej, porządnej Frau Biedermann (genialna Bożena Borek). Do jego drzwi puka tajemniczy gość – bezrobotny zapaśnik Schmitz (Dominik Nowak), któremu udaje się uzyskać nie tylko darmowy posiłek, ale i nocleg w domu pana Biedermanna. Po jakimś czasie do domu na strych wprowadza się chyba również bezrobotny kelner, Eisenring (Igor Chmielnik) i dziesiątki beczek benzyny. Poczciwy Gottlieb (kochający Boga) nie przyjmuje do wiadomości, że jego nader nieproszeni i agresywni goście, którzy nie chcą sobie pójść, są podpalaczami. Ironia losu polega na tym, że sam krytykował głośno ludzi, którzy zapraszają bezdomnych i żebraków pod swój dom, a następnie dziwią się, że tej samej nocy ich dom i dobytek płonie ze szczętem. W kumulacyjnej uczcie sam ofiaruje Eisenrignowi i Szmitzowi zapałki, których chłopcy nie mają. Tym samym wydaje wyrok na siebie i swoją posiadłość, aczkolwiek zakończenie nie jest doopowiedziane do końca. Sztukę kończy piosenka „Where Have All The Flowers Gone” wyświetlona w wersji angielskiej i dośpiewana w wersji polskiej „Gdzie są kwiaty z tamtych lat” przez naszych aktorów. Melodia dźwięczy w uszach jeszcze długo po wyjściu z teatru.
O czym tak naprawdę jest sztuka „Biedermann i podpalacze”? O terroryźmie? Być może. Wrażenie grozy i ciągłego poczucia strachu potęguje Krzysztof Kluzik w roli niemieckiego policjanta, który wykrzykuje komunikaty o czujności i zagrożeniu. Gasną światła, psychodeliczna fioletowa-różowa poświata symbolizuje noc nad śpiącym miastem. W zielonym wojskowym płaszczu na scenę wchodzi policjant i przypomina, że straż czuwa i dziś nie doszło do pożaru, ale już niedługo… Zwiększenie ilości patroli na ulichach, godzina policyjna, atmosfera sprzyjająca donosom i podsłuchom, powszechny strach przed złem – tutaj symbolizowanym przez podpalenia – jest aktualnym problemem dla nas dzisiaj bombardowanych wiadomościami o nieszczęściach, katastrofach, zamachach. Czasami, jak Biedermannowi, wydaje nam się, że ludzie są głupi i sami sobie winni, bo „wpuścili” zamachowców do Europy, bo mają za dużą tolerancję, bo dają wysokie zasiłki socjalne obcokrajowcom, itd. Wszyscy słyszeliśmy te argumenty na ulicy, w autobusie, przy rodzinnym obiedzie. Z drugiej strony atmosfera sztuki Frischa przypomina czasy drugiej wojny światowej i okupacji hitlerowskiej albo późniejszej komunistycznej. Tak samo myślę, że zrozumieliby obawy pani Biedermann widzowie z Barcelony czy Londynu, którzy byli świadkami zamachu i obawiają się kolejnego. Wymowę sztuki podkreśla zakończenie w postaci piosenki antywojennej i bezsensu poświęcania życia w walce.
„Biedermann i podpalacze” to trochę komedia, taka mocno ironiczna i mieszczańska. Czy można się śmiać? Jasne. Oprócz dość szybkich dialogów pojawiają się zabawne sytuacje, np. sikający na strychu Eisenring i zakradający się do niego pan domu Biedermann albo przepięknie plujący Dominik Nowak w roli Szmitza. Śliczna młoda pokojówka przyjmuje zaloty od ubranego we frak Eisenringa, za to odpycha otyłego i niewyjściowego Szmitza. W sztuce pojawiają się elementy slapsticku, jak np. wciąganie beczki na strych.
Tym bardziej wykształconym widzom towarzyszy niemiecki tekst sztuki wyświetlany na bocznym filarze sceny. Kto rozumie niemiecki, ten może sobie porównać oryginał z tłumaczeniem. To ciekawy zabieg wzbogacający jeszcze bardziej odbiór tego przedstawienia. Przyjemnie również siedzieć w dymie dobrych cygar palonych przez naszych bohaterów. Osobiście zachwyciły mnie buty Anny i pani Biedermann. Stwierdziłam, że w końcu nasze aktorki mają szansę zagrać w wygodnych i takich prawdziwie życiowych płaskich butach (hurra!).
Komedia, trochę drama mieszczańska w stylu „Moralności pani Dulskiej”, terroryzm, absurd – kto z nas wpuszcza podpalaczy w czasie plagi podpaleń do domu? Ale to nie wszystko. Złożoność sytuacji polega na podkreśleniu sztuczności i nieautentyczności relacji międzyludzkich. Pan Gottlieb Biedermann – czyli „KochającyBoga Poczciwiec” – doprowadza swojego byłego pracownika do samobójstwa zwalniając go z pracy pomimo trudnej sytuacji rodzinnej i materialnej. Sam produkuje płyny na porost włosów, które nie działają, ale świetnie się sprzedają. Oszust, kłamca, egoista, który w swoich własnych oczach pragnie się widzieć dobrodusznym, wspaniałomyślnym, dobrym człowiekiem. Czy dlatego spotyka go kara podpalenia? Być może. Eisenring i Schmitz wybierają go albo za głośne przechwalanie się w kantynie, że „tylko idiota wpuści do domu podpalacza i sam sobie jest winien”, albo aby ukarać go za nieuczciwość. A może po prostu? Bo zgodnie z opinią profesora Eisenring i Szmitz są po prostu anarchistycznymi piromanami i kochają obserwować płomienie pochłaniające dobytek ludzi.
Nie wiem. Nie przekonują mnie te odczytania. Moje pierwsze wrażenie było zupełnie inne. Kim są podpalacze? To kultura masowa, popularna, konsumpcjonizm, prawa, zasady, poradniki, jakie wysyłają do nas z ekranów tych dużych i tych kilkucalowych dziennikarze, politycy, blogerzy, specjaliści. To cała współczesność, która podstępnie wciska się do naszych domów i nawet nie zostawia zardzewiałego roweru na ganku, aby dać znać o zagrożeniu. Podpalaczami są wszystkie trendy, mody, must-have’y, aktualizacje, które natychmiast zaraz teraz tylko w ten weekend 10% obniżki z kartą klienta. Dlaczego? Taka np. moda na hygge podstępnie zakrada się do naszych domów i naszych świadomości. Najpierw pojawia się autorka książki w telewizji śniadaniowej, następnie kilka przepisów na śniadanie w stylu hygge. Powstają grupy maszerujących po lesie. Znana projektanka sprzedaje w supermarkecie kolekcję swetrów w stylu hygge. Następnie w tanich sklepach masowo pojawiają się szare puszyste koce, słoiki, lampiony i poduszki. Ludzie usprawiedliwiają rezygnację z siłowni koniecznością modnego hygge-siedzenia wieczorem pod kocem przy lampce i czytania skandynawskiego kryminału. Mijają dwa miesiące i już możemy wyjechać na wczasy hygge, do hotelu hygge, gdzie hygge animatorki zajmą się naszymi hygge dziećmi w hygge kapciach. Nawet nie wiesz kiedy, stajesz się hygge i żyjesz hygge aż do czasu nowego trendu, który już za kilka miesięcy. Bezrefleksyjnie, podświadomie, automatycznie żyjemy, jak pisze Szymborska: „Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami”. Tym są dla mnie podpalacze, podstępnie zakradający się pod nasze dachy i palące cały nasz dorobek intelektualny, kulturowy, naszą indywidualność i wyjątkowość.
Uważajcie, widzowie, bo naprawdę będziecie żałować, jeśli nie skusicie się na obejrzenie „Biedermanna i podpalaczy”. Warto.

Anna Maria Rozenek / Klub Recenzenta / 21.12.2018 r.


09:13, 3 stycznia 2018