„Biedermann w każdym z nas”

Recenzja Kordiana Dziwisza ze spektaklu „Biedermann i podpalacze”.
Już od początku czułem, że coś jest nie tak. W koksownikach przed Nowym Teatrem żarzyły się węgle, co samo w sobie było niespotykane. Głośniki, których w życiu na oczy nie widziałem, niespodziewanie huknęły nad naszymi głowami, kiedy wraz z przyjaciółką czekaliśmy na rozpoczęcie spektaklu przed drzwiami filharmonii. W trosce o nasze uszy oddaliliśmy się od nich, jednak chwilę później poczułem ciepło ognistego podmuchu jednego z dwóch artystów fireshow na własnym karku. Można więc było poznać, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, przedsmakiem tego, co nadejdzie, bowiem nigdy jeszcze nie słyszałem, aby tak skrupulatnie przygotowywano spektakl wystawiany w Nowym Teatrze w naszej niewielkiej mieścinie. Z jego facebookowego profilu możemy się dowiedzieć, że przeprowadzono niejedną próbę, a aktorzy zdążyli już się rozgościć w mieście. Członków Klubu Recenzenta i widzów poprzedniego spektaklu może zadowolić fakt, iż na scenę wychodzą znajome twarze, czyli Igor Chmielnik i Monika Janik. Wystąpili oni już tydzień temu w sztuce „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. Tego dnia zagrali oni role pana Eisenringa-kelnera/podpalacza oraz pokojówki Anny. Reszta obsady to Jerzy Karnicki i Bożena Borek, czyli Gottlieb oraz Babette Biedermann, Krzysztof Kluzik jako policjant i Doktor Filozofii, no i oczywiście Dominik Nowak, dyrektor Nowego Teatru, wcielający się w Schmitza, zabawną duszę tej inscenizacji. Jako ciekawostkę mogę zdradzić, iż spektakl ten wystawiono już w 1953 roku, a u nas zagrany został dzięki wsparciu finansowemu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Miasta Słupska w ramach projektu „Ponad granicami”, więc wszystkie kwestie można było ujrzeć przetłumaczone na język niemiecki.
Wstęp oraz muzyka zapowiadały mroczny kryminał w willi, z sześcioma podejrzanymi. Były cygara, wino i pokojówka oraz oczywiście ogień. Początkowo był to ledwie płomyk zapałki, jednak czasem wystarczy niewielka iskra by rozniecić pożar, czyż nie? Napięcie budowała występująca co jakiś czas postać w zielonym płaszczu, ostrzegająca nas, a zarazem zapewniająca o naszym bezpieczeństwie. Jej kwestie naprawdę wzbudzały podświadomy lęk i niepokój. Jednak zaraz po tym preludium Schmitz, czyli były bokser, a aktualnie bezdomny z „tragiczną przeszłością” dokonał nagłego rozluźnienia publiczności, zapewniając nam żywy portret typowego, biednego Polaka, który gości wśród klas wyższych. Pan Biedermann jako dobry człowiek, oczywiście odpowiednio manipulowany przez wspomnianego jegomościa, postanawia udowodnić swoją dobroduszność goszcząc go na strychu, ku niezadowoleniu swojej małżonki Babette. Dobroduszność ta doprowadziła oczywiście do zguby, bowiem pomimo oczywistych wręcz oznak wątpliwej przeszłości gościa oraz działań Schmitza nasz gospodarz Gottlieb nie zareagował. Nawet przybycie Eisenringa nie obudziło jego świadomości. Był przekonany, że to po prostu nie może dziać się w jego domu. Oczytany informacjami z gazet przyzwyczaił się do faktu, iż wszystko, co złe, przechodzi bokiem zostawiając biednego pana Biedermanna bez szwanku. Czasem dochodzi do takiego momentu, kiedy prawda jest tak straszliwa, że nie mamy ochoty się jej zawierzyć. To właśnie spotkało domowników willi. Nie możemy jednak zapomnieć, że od tego nie ma odwrotu. Pan Biedermann, kiedy zdał sobie z tego sprawę, próbował już tylko jakimś cudem odłożyć katastrofę na później albo uniknąć jej właśnie teraz. Ale można powiedzieć, że na tym etapie jadł podpalaczom z ręki. W powietrzu unosił się odór benzyny, jednak wszyscy już się do niego przyzwyczaili. Wdychali go zbyt długo, by zauważyć różnicę.
Jednak czy jest to fikcja?
Oczywiście, część wydarzeń faktycznie wydawała się niemożliwa. Moim zdaniem to jednak mylne wrażenie. Na scenie wydaje nam się, że to nas nie dotyczy. Rozpoznanie podpalaczy byłoby zbyt prozaicznym zadaniem. Dlatego też recenzja ma taki tytuł, a nie inny. Jesteśmy tacy jak pan Biedermann, sądzimy, że to, co na scenie pokazane, nigdy jej nie opuści. Tak samo jest z filmem albo książką. Świetnie się to ogląda nawet i bez tej wiedzy, ale zrozumienie przedstawionych mechanizmów sprawia że spektakl jest jeszcze ciekawszy. Stanowił on świetną przeciwwagę dla „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku” wystawianych tydzień wcześniej.
Kończąc tę recenzję, chciałbym jeszcze skomentować scenografię. Dobór rekwizytów i postawione ściany, schody oraz strych pozwoliły wczuć się w atmosferę. Osobiście sądzę, że najlepszymi jej elementami były cygara (oraz ich zapach). Myślę, że na miejscu scenografów dodałbym woń benzyny, jeszcze bardziej pogłębiającą atmosferę. Chciałbym, żeby widz poczuł się elementem przedstawienia, a nie tylko jego obserwatorem. Mimo wszystko uważam, że aktorzy spisali się na medal, chociaż z taką historią nie było to trudne. Po obejrzeniu spektaklu mam ochotę na jakiś dobry kryminał, może przyjdzie mi jeszcze takowy ujrzeć na deskach Nowego Teatru. I szczerze polecam udział w takich przedstawieniach, o ile ich poziom nadal będzie na tak wysokim poziomie jak dotychczas. Polecam przy okazji obejrzeć wywiad z prezydentem Robertem Biedroniem, znajdziecie go na facebookowym profilu Nowego Teatru. Władze miejskie najwidoczniej też mają czasem ochotę na odrobinę rozrywki.
A jeśli po przeczytaniu tej recenzji macie ochotę zobaczyć historię pana Biedermanna na własne oczy to jest jeszcze szansa. Szczegółów szukajcie na stronie teatru, terminy to 27 i 28 stycznia 2018. Uważajcie jednak, bo to oznacza, że podpalacze znów będą grasować w Słupsku. Możecie jednak spać bezpiecznie, tej nocy nic wam nie grozi.
Klub Recenzenta / 21.12.2017 / Recenzja Kordiana Dziwisza klasa I e ZSP nr 1 w Słupsku


09:12, 3 stycznia 2018