Archanioł z Nowego Teatru

17 maja 2015 roku zmarł Janusz Parkita. Przez siedem lat pracował w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku jako montażysta. Dla wszystkich pracowników jego śmierć była strasznym ciosem, ponieważ uważali go za niesamowicie ciepłego, pozytywnego człowieka. Warto przypomnieć jego sylwetkę. Wspomnieniami o nim podzielili się pracownicy teatru.

Grzegorz Sujecki – Kiedy poznałem Januszka, szukał zatrudnienia. Został zwolniony z pracy pielęgniarza. Był bardzo lubiany przez pacjentów. Nie chciał podpisać podsuniętego mu, kłamliwego pisma dotyczącego jednej z pracowniczek zakładu opieki, którą mobbingował ówczesny przełożony. Januszek nigdy nie kłamał, nie podpisał dokumentu, więc przy najbliższej nadarzającej się okazji został zwolniony. Musiał pracować, ponieważ musiał utrzymać rodzinę. Pomogłem mu wtedy. Minęły jednak lata zanim Januszek trafił do teatru. Stało się to przez przypadek. Był wtedy na urlopie zdrowotnym, został wysłany na niego ze względu na złe wyniki badań okresowych jakie zalecono mu wykonać w firmie. Pracował w bardzo toksycznych warunkach. Prawdopodobnie zły stan zdrowia był początkiem jego późniejszej choroby, o której nikt nie wiedział. Najpierw pomagał przy robieniu dekoracji, później zwolniło się miejsce montażysty i Janusz został zatrudniony na stałe. Choroba postępowała powoli. Kilka tygodni przed śmiercią zapytałem Januszka, jak się czuje? Odpowiedział mi wtedy, że źle. On – człowiek który się nigdy nie skarżył. Był osobą bardzo silną, zarówno fizycznie jak i duchowo. W młodości uprawiał kulturystykę, był bardzo umięśniony. Nie było rzeczy której by nie podniósł na scenie. Jednak na oczach współpracowników w ciągu kilku ostatnich miesięcy życia zaczął słabnąć. Na początku zapominał gdzie odkładał przedmioty, klucze. Jednak Janusz był już w wieku emerytalnym, więc myślałem, że może tak się zaczyna starość? Początkowo sądziliśmy, że to anemia. Stawał się coraz słabszy, coraz bledszy. Gdy zaczął nie trafiać na schodki, w jakiś dziwny sposób zawieszać się, zamyślać, domyśleliśmy się, ze coś jest nie tak. Zagroziliśmy, że jeśli nie pójdzie do lekarza, to narobimy mu wstydu i zawieziemy go przymusem, jak małe dziecko. Zgodził się iść, umówił się na wizytę, z której już nie wrócił. Został od razu skierowany do szpitala. Glejak…

Krystyna Fajfrowska – Janusz nigdy nie narzekał, nie powiedział złego słowa na drugiego człowieka. Miał ogromny szacunek do ludzi. Posiadał ogromne poczucie humoru. Kiedy tylko miał chwilę, przychodził do Kasy, żartował ze mną. Odgrywał rolę klienta, koniecznie chciał kupić bilety akurat na ten spektakl, którego już nie graliśmy. Wiedział, że znam trochę francuski, więc witał mnie krótkim „bonjour”. Uczył się ode mnie słówek, potem je wykorzystywał. Trudno jest opisać jego osobowość. Opowiadał wszystkim, że kiedyś podczas przerwy jadłam czerwony barszczyk i zdenerwował mnie w sprzeczce do tego stopnia, że oplułam go tym barszczem. Do wszystkiego podchodził z humorem.

DSCN1553Na zdjęciu: Janusz Parkita i Mariola Kurnicka

Grzegorz Sujecki – Kupił sobie motocykl, zbierał sprzęt, podarowałem mu ciepły śpiwór biwakowy. Miał jeździć motocyklem i spać gdzie go los rzuci. Tak sobie wymarzył emeryturę. Janusz całe życie ciężko pracował. Między innymi na budowach, przy malowaniu zbiorników uległ zatruciu rozpuszczalnikiem – nawet należała mu się za to renta ale nie doprowadził sprawy do końca. Dobrze się pracowało z Januszkiem, był osobą spokojną, stonowaną, miał szacunek do ludzi. Zwłaszcza do kobiet, dla nich był wręcz szarmancki. Pozostawił po sobie dwie wspaniałe córki. Nie można było powiedzieć przy nim, że któraś z jego rzeczy nam się podoba, bo od razu dawał to jako prezent. Lubił obdarowywać innych.
Choć pracował w teatrze jako montażysta, upodobali go sobie również reżyserzy. Zaczęło się od zwykłego statystowania i zmiany dekoracji przy otwartej kurtynie, jednak swoją fizjonomią bardzo pasował na scenę. Potrafił się przeistoczyć – zapuszczał brodę, farbował ją na potrzeby roli, wyszukiwał elementy kostiumów i rekwizytów w sklepach z odzieżą używaną, nie oczekiwał za to zwrotu pieniędzy . Pierwszą większą rolę mówioną dostał przy okazji wznowienia „Zemsty”, miał tam piękny dialog. Jako jeden ze statystów w musicalu kiedy wychodził do ukłonów dostawał nieraz większe brawa niż główni bohaterowie. Wyraziście grał ale bez zbędnej przesady.

Krystyna Fajfrowska – Wspaniale wypadł w „Dźwiękach muzyki”! Był z niego prawdziwy artysta. Miał w sobie jednak wielką pokorę. Był też bardzo skryty. Mnie nie wspominał o swoim życiu prywatnym, jeśli już, to tylko o wnuczce. Jak to dziadek – szalał za nią.
DSCN1517

Na zdjęciu: Janusz Parkita i Anna Bobrowska-Ekiert

Grzegorz Sujecki – Jego życie nie należało do łatwych. Całe wiązało się ze Słupskiem. W dokumentach Instytutu Pamięci Narodowej jest informacja o tym, ze w młodości Januszek zorganizował w piwnicy z kolegami organizację paramilitarną. Ale nie żadną chuligankę, tylko na wzór miejskiej partyzantki gotowej do walki o niepodległość, do walki z systemem. Januszek bardzo nie lubił nakazów, zakazów. Jednak Służba Bezpieczeństwa wytropiła ich, byli przesłuchiwani, bici. Januszek pokazywał mi kiedyś na ulicy funkcjonariuszy, którzy go przesłuchiwali. Jeden z nich „był w porządku” jak stwierdził. Po śmierci Januszka szukałem informacji o nim w Internecie. Znalazłem pseudonim jaki nadali mu „opiekujący się” nim funkcjonariusze. Nazywano go „Archanioł”. Bardzo to do niego pasowało, ponieważ miał klasyczna, regularną męską twarz, z której biła pewna siła. Niektórzy posądzali go o bycie zakonnikiem, księdzem. Miał w sobie wewnętrzny spokój. Być może zauważyli to także funkcjonariusze i nadali mu taki pseudonim? Jego rodzice byli niewidomi. Mama Januszka jeszcze żyje, ojciec niestety nie. Z całą ich miłością do niego nie zawsze ich niepełnosprawność umożliwiała im opiekę nad synem, dlatego pilnowała go nieraz starsza siostra. Januszek był osobą skrytą, mało rozmawiał o sobie. Szukał sobie miejsca na świecie także pod względem duchowym. Wychowywany był w rodzinie Świadków Jehowy, przez pewien czas uważał się za katolika, później sympatyzował z Kościołem Zielonoświątkowców. Był antyklerykałem, pozostał nim zresztą do śmierci, jednak wrócił do wiary katolickiej. Pogrzeb miał w tym obrządku. Dopiero na ceremonii, w czasie krótkiej mowy pożegnalnej jego szwagier powiedział głośno o przeszłości Januszka. O tym, że był internowany. Ksiądz Jan, duszpasterz odprawiający mszę, skomentował to, że nie wiedział o posiadaniu w swojej parafii bohatera.

Krystyna Fajfrowska – Był dobrym człowiekiem. Można było mu się zwierzyć, zawsze wysłuchał i doradził, jednocześnie zachowywał dyskrecję. Nigdy nie zdradzał powierzanych informacji. Super człowiek!

photo-januszPasją Pana Janusza były motocykle

Grzegorz Sujecki – Januszek nie doczekał emerytury, nie zdążył odbyć podróży jakiej pragnął. Nigdy nie powiedział tego głośno, jednak jego rodzeństwo powtórzyło nam, ze bardzo się cieszył z pracy w teatrze. Bardzo nas to wszystkich wzrusza, że jego ostatnie lata związane były z pracą, którą lubił. Nie chcę tu gloryfikować Nowego Teatru, jednak praca montażysty jest spokojna, stanowiła więc dobre podsumowanie wszystkich przepracowanych lat Januszka. On był prawdziwym człowiekiem teatru, doskonale się tutaj odnajdywał. Niestety urodził się w niewłaściwym czasie, który nie pozwolił mu rozwinąć skrzydeł. Mimo, że jestem ateistą uważam, że jego duch krąży gdzieś w murach Nowego Teatru.

Krystyna Fajfrowska – Domyśliłam się, że coś jest nie tak z Januszem. Zawsze do mnie przychodził, rozmawiał, a ostatni raz kiedy go widziałam było inaczej. Przyszedł do teatru, wszedł na Dużą Scenę, przespacerował się. Na foyer rozejrzał się i bez słowa wyszedł. Tak jakby chciał się pożegnać. Zastanawiałam się, co się dzieje, co mu jest? Bardzo mi go brakuje…do-bloga

 


08:39, 1 czerwca 2016