два танцора

Iwan Wyrypajew (Ива́н Вырыпа́ев) to rosyjski dramatopisarz, aktor i reżyser, laureat nagrody Paszportu „Polityki” za rok 2012, autor takich dzieł jak „Sny”(Сны), „Księga Rodzaju № 2”(Бытие №2) oraz „Lipiec”(Июль). Wiele można by o nim mówić, ale przede wszystkim jest to prestiżowy twórca, zarówno wśród Polaków, jak i Rosjan, krytyków, jak i widzów. „Rosyjski buntownik teatru, wizjoner nowoczesności z konserwatyzmem w tle”; „gwiazda nowego teatru”; „boska energia rosyjskiego teatru” to tylko parę z przypisywanych mu tytułów. Mi przyszło opisać powstały w roku 2002 „Tlen”(Кислород), jedno z jego ważniejszych dzieł.
Sam tytuł skrywa w sobie wielki materiał metaforyczny. Cała sztuka jest pełna nawiązań i biblijnej retoryki, symboli i alegorii, problemów natury fizycznej i metafizycznej. Spektakl ten był jak zagadka. Interpretowanie wymagało zostania poszukiwaczem sensów ukrytych między poszczególnymi kwestiami bohaterów, bowiem to właśnie oni byli największą zagadką tej sztuki. Trzeba tutaj oczywiście podziękować Wojciechowi Marcinkowskiemu oraz Monice Janik, którzy wcielili się w główne role. Jako słupski recenzent już nieraz widziałem ich na scenie, jednak charakter tej sztuki pozwolił na ukazanie ich z bliska, z niepowtarzalnej perspektywy. Aleksandra Skorupa, reżyser tegoż przedstawienia, zrezygnowała z pełnej obsady, jak to w tej sztuce ostatnio bywa, i postanowiła w zgodzie z oryginalnym tekstem zbudować widowisko z duetem, gdzie fabuła przedstawiona jest głównie za pomocą dialogu. Pozwoliło to na przeniesienie spektaklu na małą scenę, co z kolei zapewniło widzom niepowtarzalną bliskość i bezpośredniość przedstawienia, a żywiołowość aktorów wzbudziła w nas silne emocje. Oczywiście muzyka na żywo, w wykonaniu zespołu Ze Velocipedes, była ciekawym akompaniamentem pomimo swej względnej prostoty. Obejrzałem jednak fragment filmu „Tlen” reżyserii samego Iwana Wyrypajewa i muszę przyznać, że muzyka przy tańcu Sańka powinna być w tym spektaklu bardziej radosna i żywiołowa, tak jak zostało to zrobione w kinowej produkcji. Scenografia była minimalistyczna, co zgrabnie współgrało z grą aktorską, na której mogliśmy skupić całą uwagę.
Przejdźmy więc do sedna przedstawienia. Jak już wcześniej wspomniałem sztuka ta nie może być postrzegana powierzchownie. Postarajmy się zrozumieć najpierw, czym jest Tlen. Pozwolę sobie tutaj przypuszczać, słusznie czy też nie, iż jest niezbędny człowiekowi nie do życia, lecz do szczęścia, w przeciwieństwie od pewnego gazu o tej samej nazwie. Wraz z Tlenem, który jest symbolem radości, spełnienia, czujemy nowy oddech w naszych płucach. Z czasem oczywiście odczuwamy jego brak, spotyka nas niedotlenienie, pożądamy coraz bardziej. Jesteśmy w stanie zrobić wszystko dla dawki spełnienia i rozkoszy, usprawiedliwiamy swe czyny swoją naturalną żądzą, bo w końcu każdy ma prawo do szczęścia. Można więc podejść do bohaterów jak do zwykłych ludzi poszukujących radości za wszelką cenę, aby poczuć się spełnionym. Brak w nich jednak empatii i zrozumienia, możemy zauważyć typowe objawy osobowości dyssocjalnej w zachowaniu i poglądach. Pozwala to na dopuszczenie się przez bohaterów czynów niemoralnych. Należy jednak zastanowić się, co zrobiłby każdy z nas w sytuacjach ekstremalnych, kiedy to zmuszeni jesteśmy podjąć decyzję, czy tonąć wraz z resztą, czy też ratować własne życie. Bo w każdym człowieku jest dwóch tancerzy i nigdy nie wiadomo, który z nich zdobędzie przewagę.
Teraz zwróćmy uwagę na budowę utworu. Oczywiste będą nawiązania do Biblii, autor poszedł tutaj wzorem klasycznych autorów. Sztuka parafrazuje boskie przykazania, co można zauważyć już na początku. Zgodnie z nimi spektakl podzielono na 10 kompozycji. Znalezienie ich wszystkich może stanowić problem, ale podpowiem, że należy zwracać uwagę na biblijne cytaty. Część z nich jest w formie swoistych przypowieści, znów widać tutaj nawiązanie do Biblii, które w dalszej części utworu przechodzą w bardziej żywe dialogi między bohaterami, a akcja zmienia swoje tempo i charakter. Bardzo ważny jest tutaj moment przejścia z 5. do 6. kompozycji, kiedy to dynamicznie przedstawione przykazanie burzy dotychczasową uporządkowaną i cykliczną strukturę, przechodząc w delikatny i intymny dialog. Wyrypajew łączy w swoim utworze sferę sacrum i profanum, zaczyna od dominacji tej pierwszej, gdzie omawia obraz współczesnego świata, aby wraz z upływającym czasem nadać spektaklowi sakralny, ale nieco groteskowy charakter. Zbliżając się do końca spektaklu mamy coraz bliższy kontakt z aktorami, a ich kwestie są stylizowane na biblijne, akcja staje się nieregularna oraz pełna mistycyzmu. Większa jest również rola kobiety, która to staje się duchowym przewodnikiem, przywdziewa ona białe szaty, podczas gdy druga postać upada i płaszczy się na ziemi. Akcja w ostatnich momentach jest wartka, chaotyczna, wzniesiona pod niebiosa, a aktorzy przekrzykują się nawzajem. Wszystko zakończone jest egipskimi ciemnościami, podczas których zastanawiamy się,czy to już naprawdę koniec tej podróży.
„Tlen” nie jest sztuką łatwą, ale wielowarstwową, zainteresuje więc zarówno laika, jak i zawodowca. Aby odkryć wszystkie jej sekrety będzie trzeba się bardziej napracować, zapewnia jednak emocjonującą akcję i pozostawia szerokie pole do przemyśleń po spektaklu. Jest specyficzny, a jeśli jesteś negatywnie nastawiony do jakichkolwiek powiązań z Biblią polecam zakupić sobie bilet na inny spektakl. Stracisz jednak okazję zobaczenia bezprecedensowej i nowatorskiej sztuki naszych wschodnich sąsiadów.

Autor: Kordian Dziwisz / Klub Recenzenta / ZSP nr 1 w Słupsku


12:52, 4 lipca 2018