aktualności

Między Zolą a Vegą…

Między Zolą a Vegą – naturalizm przedstawienia „Ulica” w wykonaniu Nowego Teatru w Słupsku

Naturalizm, jako forma artystycznego wyrazu, eksplodował swoją popularnością w XIX wieku. Zola, Balzac, Żeromski podarowali nam obrazy i postaci, które tkwią w naszej świadomości i przypominają o tym, jak nisko może upaść człowiek w erze budzącego się kapitalizmu i industrializacji. Dyskusja na temat ogólnoludzkich wartości: roli pracy, pieniędzy, budowania własnej firmy, opieki społecznej i edukacji przenosi się o tekstu Daniela Odiji pt. „Ulica”. Tylko tym razem nie będziemy obracać się w środowisku Paryża, Londynu czy Łodzi. Temat bycia człowiekiem umieścimy w kontekście mitologicznej ulic Długiej, która jest przecież kilka metrów od naszego słupskiego Ratusza.
„Ulica” jest sztuką, która poraża bezmiarem ludzkiej nędzy i beznadziejności. Wszystkie elementy scenografii, oświetlenia, muzyki, efektów dźwiękowych dodatkowo zwiększają poczucie okropnie tandetnej i brzydkiej codzienności, w której poruszają się bohaterowie. Aktorzy swoje role zagrali po mistrzowsku, a wierzę, że nie było im łatwo naśladować sposoby poruszania się złomiarzy czy kobiet przeżartych codziennymi zmartwieniami i tanim alkoholem. Płakałam patrząc na postać graną przez Bożenę Borek, która próbowała wyjść z domu do pracy i dojść na przystanek. Przecież w naszym mieście ciągle wieje! Tak mówią przyjezdni, chociaż my, tubylcy, już tego nie odczuwamy. Było mi jej szkoda, ale nie wiedziałam, czy powinnam jej współczuć. Czy ona jest tak skacowana, że ma problem z utrzymaniem beretu na głowie? Czy po prostu życie dało jej w kość, źle trafiła z adresem, pracą, wykształceniem, mężem, dziećmi, sąsiadami i właściwie nie ma już po co żyć, ale dzielnie pokonuje kolejne płyty chodnika w drodze do pracy? To potworne, a co gorsza, zobaczyłam w niej wiele kobiet wcale niezamieszkujących ulicy Długiej, tylko po prostu tych niepijących, wzorowo pracujących, wsiadających rano do samochodu, odwożących dzieci do przedszkola… i zobaczyłam poczucie bezsensu codziennej egzystencji, o której ktoś za nas zadecydował. Tradycja, społeczeństwo, utarte wymagania wobec bycia żoną, matką, pracownikiem i… kobietą? Co znaczy być kobietą? Czy eksplodować swoją atrakcyjnością i seksualnością niczym trzy Cebule? Czy po afrykańsku nie znać ojca swoich dzieci, bo dzięki temu wychowa je cała ulica? Ale Cebule są na swój plastikowo-metaliczny-tipsiarsko-różowy sposób piękne, pełne radości życia, entuzjazmu wobec napotykających je mężczyzn i zdarzeń…. czy lepiej być uśmiechniętą Cebulą? Czy może zgorzkniałą panią, która z drugą panią kłóci się o grusze na drzewie? Czy może żoną wzywającą męża na obiad, chociaż nie ma na czym tego obiadu ugotować, bo gaz odcięli miesiąc temu?
Być kobietą z ulicy Długiej jest trudno. Być mężczyzną z Długiej… na pewno jest łatwiej. W końcu każdy smutek czy żal można zapić butelką taniego wina. Skąd zdobyć pieniądze? Zbierając złom. Jak spędzić dzień? Można stanąć pod kamienicą i wymienić kilka egzystencjalnych i głębokich uwag o życiu. Chociaż o książkach raczej nie porozmawiają panowie, jako że ostatni kontakt z literaturą przeżywali w szkole podstawowej. Nie oznacza to, że są pozbawieni głębi, puści i wypaleni. Ich sny, marzenia, wspomnienia robią wrażenie na widzach, zwłaszcza scena „Sen Kanady”. Zderzenie mieszkańca komórki naprędce skleconej z desek, przylepionej do ściany kamienicy, z American Dreamem, oceanem, katastrofą Titanica i krwią…. Podziwiam Igora Chmielnika (chapeau bas po raz kolejny) za utrzymanie karkołomnej postawy w wygięciu i pochyleniu na linie w trakcie wygłaszania monologu Kanady. Sen Kanady uświadamia mi, że wyobraźnia, sny, marzenia o bogactwie i władzy nie giną nawet na ulicy Długiej. (PS Może niedzielne zamknięcie Lidla i Galerii Słupskiej wyznaczającej ulicę Długą sprawi, że do ludzi wrócą sny i marzenia w miejsce konsumpcjonistycznego pędu?)
Szłam dzisiaj przez Niemcewicza i doszłam do wniosku, że tutaj również mogły się rozgrywać wydarzenia przedstawione w „Ulicy”. Podejrzewam, że tak samo jest na Małachowskiego, Krasińskiego i dalej. Podejrzewam, że są ludzie, których wspomnienia i opowieści mogłyby stworzyć kolejną mitologię ciemnej, zapomnianej ulicy, tak jak Daniel Odija i reżyser wersji teatralnej – Ivo Vedral. W jego wizji mit mrocznego miejsca, dna ludzkiej egzystencji łamie postać Helenki – dziewczynki, która chociaż nie rozumie, czym jest metafizyka, odczuwa ją i przeżywa – dosłownie i w przeności – do krwi. Helenka poczuła ogrom przerażenia i grozę śmierci, kiedy dziadek zabił atakującego ją psa. Helenka widzi również szczelinę między niebem a dachem kamienicy, tajemniczą szczelinę pełną światła, które może… daje nadzieję? Pozwala obcować z aniołami? Tego Vedral nie pokazuje, ale dziewczynka tak mocno wpatruje się w dostrzeżony Absolut, że rozbija sobie głowę o chodnik. Mam nadzieję, że nie umiera, bo śmierci dziecka w połączeniu z całym bezmiarem ludzkiego nieszczęścia „Ulicy” nie zniosłabym więcej. Koniec.
Miałam mówić jednak o tym, jak widzę naturalizm tej sztuki i jak umieszczam go między klasykami minionych wieków a współczesnymi produkcjami Patryka Vegi czy Wojciecha Smarzowskiego. Od zawsze w swoich wypowiedziach zastanawiam się nad przyczynami popularności danego zagadnienia. Dlaczego ludzie tak chętnie oglądają „Botoks” (film czy serial), „Pitbulle”, „Pod Mocnym Aniołem” i tym podobne produkcje? Dlaczego widząc ogrom ludzkiej beznadziejności na co dzień sięgamy po nią w czasie przeznaczonym na rozrywkę? Gdybym miała umieścić Odiję na skali między Żeromskim a Vegą, zdecydowanie przesunęłabym go w stronę Żeromskiego. „Ulica” przypomina mi „Zmierzch”, naturalistyczną powiastkę przedstawiającą redukcję człowieka i człowieczeństwa do ciężkiej pracy i odarcie go z uczuć. U Odiji nie widzę nadmiaru wulgarności brutalności, aury skandalu, która porusza mnie u Vegi. Wierzę, że cel pokazania ulicy Długiej i jej mieszkańców był inny niż zaszokowanie publiczności poziomem tej grupy społecznej. Wierzę, że mitologia dzieciństwa i dorastania przyszła z inspiracji np. „Sklepami cynamonowymi” Brunona Schulza i to właśnie z taką schulzowską próbą zebrania wspomnień lat młodości zmierzył się Odija. Przy okazji pokazał nam, jak trudne, ale jak na swój sposób piękne (czy może nie piękne, ale nacechowane swoistą estetyką) potrafi być życie na Długiej. Dlatego odważę się napisać: zarówno fani „Botoksu”, jak i czytelnicy Balzaca odnajdą w „Ulicy” ten pierwiastek, który przyciąga ich do sztuki naturalistycznej.
Cieszy mnie również, że „Ulica” nie uderza w apelowanie do widzów o pomoc tym, którym wiedzie się gorzej od nas. Cieszę się, że nikt nie poucza mnie, że jako obywatelka innej ulicy powinnam nieść pomoc, oświaty kaganek i nawracać mieszkańców Długiej na moją własną wizję świata. Podoba mi się to, że nawet w mroku zaułków pojawiają się promyki poezji i dobra. Wprawdzie postrzegam finałową scenę inaczej, niż moi uczniowie, ale przekonali mnie oni do tego, że historia chłopaka, który przestał pić, zaczął uprawiać jogę i rozwijać się duchowo daje nadzieję na to, że wszystko jest możliwe – nawet wydobycie się ze środowiska, w którym się urodziło. Osobiście widzę wizytę księdza i jego niedowierzanie („Ale jak to przestałeś pić? Nic a nic?”) jako sugestię, że pod wpływem otoczenia nasz bohater wróci do starych nawyków i nie uwolni się z nich, ale zachwyca mnie wiara młodzieży w to, że ta scena specjalnie została umieszczona na końcu przedstawienia, aby dać nadzieję. Niech tak będzie.
Komu polecam „Ulicę”? Na pewno fanom Vegi i Smarzowskiego. Na pewno szkołom, które próbują wytłumaczyć swoim wychowankom, dlaczego mają się uczyć, kształcić, rozwijać i co będzie, jeśli postanowią iść innymi drogami. Na pewno osobom, które zmęczone komediami romantycznymi i lekkimi produkcjami spod znaku „Kac Vegas” chcą przeżyć (katharsis?) wstrząs i zmierzyć się ze swoimi oczekiwaniami wobec państwa i społeczeństwa. „Ulica” jest spektaklem ciekawym, świetnie przygotowanym, genialnie zagranym – serdecznie polecam.

Anna Maria Rozenek
Klub Recenzenta / 23.03.2018 r.


14:20, 10 kwietnia 2018